Nawet niezłomny duch nie doda jej jednak sił fizycznych, tak więc przez większą część kampanii (podczas której będziemy szukać powiązania pomiędzy szczurami, Inkwizycją, a zdrowiem Hugo) skazani jesteśmy na pozostanie w cieniu. Plague Tale to skradanka, zawiedzie jednak pod kątem gameplayu fanatyków gatunku, którzy narzekali na liniowość ostatniego Thiefa. Pomimo stopniowego dorzucania kolejnych elementów głównie każe nam przekradać się pomiędzy ludźmi, torować sobie światłem drogi między szczurzymi hordami oraz łączy oba te elementy. Cena za trzymanie gracza w ryzach skryptów i zamkniętych korytarzy to jednak opowieść, którą po prostu trzeba poznać.Widać jednak, że problem z rozgrywką był dla autorów widoczny, ale dla mnie trochę niepotrzebnie próbowali z nim walczyć, zamiast uznać po prostu, że historia sama się obroni. Stąd mamy w grze średnio w sumie przydatny crafting i masę stopniowo dodawanych gadżetów. Spowodowały one niestety, że mechanizmy rządzące tym światem stają się nieraz mocno absurdalne. I to wcale nie dlatego, że pojawia się alchemia umożliwiająca tworzenie spalających szczury bomb.Gadżety często wprowadzają jednak pewną sztuczność. Weźmy na przykład takie dzbanki występujące obok pełniących rolę rozpraszacza przeciwników kamieni. Kamieniem możemy zrobić przeciwnikowi krzywdę, ale już żeby skłonić go do ruszenia się z miejsca, trzeba nim trafić w ładnie podświetloną skrzynię ze zbrojami czy innego stracha na wróble. Dzbankiem rzucamy natomiast gdziekolwiek i mamy efekt. Albo jak wytłumaczyć występujące w późniejszej fazie gry formujące się spośród mrowia gryzoni hordy zdolne gasić ogniska, skoro wcześniej widzimy te same istoty wręcz wyparowujące w powietrze pod wpływem kontaktu ze światłem. I jeszcze, hehe, przed zgaszeniem ognia sami z kolei powstrzymujemy je innym ogniem. Takim rzucanym, odpalającym się najpewniej od futerka.Wszystko to uznaję za niepotrzebne, zwłaszcza, że przy grze wystarczająco trzymają nas ciekawe lokacje i zwroty akcji.Dlatego więc podczas gry najlepiej po prostu nie myśleć zbyt mocno o spajających świat mechanikach i nie przyglądać się zachowaniu oponentów. Te parę obowiązkowych walk po prostu przeżyć i skupić się na chłonięciu reszty. Serio, znajdziecie w tej produkcji milion lepszych rzeczy. Znajdziemy tu sugestywny mrok, zabawę światłem, całkiem wiarygodny portret tamtych czasów łączący kroniki historyczne z baśniami o alchemikach, są wreszcie momenty obliczone na wywołanie u odbiorcy odpowiednich odczuć. Obliczone przy tym najczęściej bez dużego błędu rachunkowego – tu rzucę hasłem dla wtajemniczonych: scena ze świnką.