Bartosz StodolnyGdyby jeszcze pięć lat temu ktoś powiedział Bartoszowi, że warszawski budynek znajdujący się na ulicy Ursynowskiej 36/38 i piątka jego mieszkańców staną się ostatnim bastionem upadającej cywilizacji i kultury ludzkiej, prawdopodobnie by go wyśmiał. Gracze i kultura? Cóż za nonsens!Dziś nie wiadomo, czy jeszcze się śmiać, czy już płakać? Dach przecieka. Okna wybite. Tynk... jaki tynk? Ludzi brak. Miasto, dawniej znajdujące się w stanie permanentnego zakorkowania, stoi dziś puste i ciche. Nawet zawodzący wiatr wzgardził martwymi uliczkami i tylko kapiący lekko deszcz odwiedzał wymarłe, zrujnowane blokowiska. Ale to dobrze. Skoro panuje cisza, oznacza to, że w pobliżu nie ma ich. Złotych.Samotne przemyślenia przerwał mu potok przekleństw rozchodzący się z pokoju obok, których autorem był Adam. Ten spędzał czas jak zwykle - pisząc gorączkowo recenzje gier, które nie istnieją. I już nigdy nie zaistnieją....wydaje się więc, że formuła From Software, pomimo groźby nadmiernego rozmiękczenia, w dalszym ciągu stanowi kamień węgielny... nie no, kamień węgielny przecież się podkłada, jakżeby się zmiękczył?... rdzeń.... ee, zaraza, nie rdzeń tam...!Początkowo jego hobby traktowane było z pobłażaniem, zwłaszcza że opisywane przez niego wyimaginowane gry były całkiem niezłe – cholera, były naprawdę dobre – a kiedy siedzi się w jednym, ciasnym budynku przez kilka lat, a za oknem dogorywają resztki życia na planecie, to człowiek może naprawdę zacząć się nudzić. Wtedy każda rozrywka się nada, nawet tak smutna, jak czytanie recenzji nieistniejących gier.Mimo to Bartosz przysiągłby, że widział Adama, jak przynajmniej dwa razy próbował wsadzić kawałki papieru z recenzją do redakcyjnej konsoli, po czym zasiadał przed nią wygodnie i, no, grał chyba. Na pewno myślał że tak robi, skoro po 20 minutach zaczął narzekać, że „znowu mu wybugowało save'a, jak w ogóle można wydać takiego bubla bez testowania, za co ja płacę do cholery, wyrzucę to dziadostwo w trzy diabły i się skończy”.Co za dziwactwo! Przecież konsola nie zadziała bez prądu!Lepiej jednak nie podnosić tego tematu, poprawił się w duchu Bartosz. Dominik próbował. Od tego czasu zamknął się w pokoju ksero i powtarzał, że wyjdzie dopiero, gdy odzyska zdolność widzenia w trójwymiarze i liczenia powyżej pięciu. I tak już siedział, czwarty miesiąc.Mimo to Dominik był, jak każdy, użyteczny dla grupy. Jego taktyczny zmysł – czy też jak sam mawiał „strategiczne medytacje podręcznika Sztuki Wojny Sid Meiera o harmonijnym rozwoju ciała i duszy w systemie kastowym” - już nieraz uratowały ich przed włóczącymi się w okolicy Złotymi. Kto by przypuszczał, że granie 16 godzin na dobę w gry wideo faktycznie się na coś przyda? Nigdy nie wiadomo, kiedy tysiąclecia rozwoju cywilizacyjnego szlag trafi i człowiek zacznie doceniać prostotę i poręczność ciężkiego kija do drewna.Za oknem rozległo się ciche tuptanie. Bartosz wyjrzał i napotkał wzrokiem pędzącego przez błoto Krzysztofa, który naprzemiennie skakał, wywijał koziołki, padał na ziemię, liczył do pięciu (wciąż umie!, pomyślał z dumą Bartosz), wstawał, machał bezwładnie rękami i ogólnie dbał o kondycję fizyczną.Ze wszystkich ocalałych z zagłady Krzysztof zniósł ją chyba najlepiej. Zważywszy na dziką radość malującą się na jego pomalowanej w czerwone pasy rytualne twarzy i spontaniczne akty przemocy wobec przyrody nieożywionej, można by powiedzieć, że chyba nawet zbyt dobrze. Ale przynajmniej zdrowo się odżywiał.Bartosz uniósł wzrok. Na dachu ich, cóż, „fortecy”, unosił się fioletowy wahadłowiec kosmiczny, kontynuujący swą pięcioletnią misję eksplorowania nowych, obcych światów, poszukiwania nowych form życia i cywilizacji, mający dzielnie dotrzeć tam, gdzie żaden człowiek wcześniej nie dotarł. Albo zrobiłby to, gdyby wczorajszy deszcz nie rozpuścił kartonu, z którego się składał.Joanna postanowiła zużytkować walające się wszędzie puste pudła i skleiła z nich własny wahadłowiec (USS Gwiazdołapacz!), który już, lada dzień, miał wyruszyć w podróż kosmiczną, by znaleźć wśród gwiazd nową przyszłość dla ludzkiego rodzaju. Na razie wszyscy musieli poczekać, aż wyschnie.Mimo to Bartosz podziwiał jej atencję wobec detali. Do wahadłowca dołączone było 7 skafandrów, ze szklanymi bańkami imitującymi hełmy, plastikowymi rurkami, gumiakami i w ogóle. Pełen pakiet. Miały nawet ręcznie robione naszywki świadczące o przynależności do Gwiezdnych Ochotników Galaktycznych, z różnymi stopniami.Plus, kiedy pojawiali się Złoci okazywało się, że mokre kartony wypełnione szkłem, zrzucone z wysokości kilkunastu metrów potrafią niemiłosiernie przypierniczyć tam, gdzie trzeba. Tam gdzie nie trzeba zresztą też.Bartosz wziął głęboki wdech. Pogoda była mglista, na oko ciągle przed południem. Oczywiście miałby większą pewność, gdyby słońce raczyło od czasu do czasu wychylić się zza tych przeklętych chmur, najwyraźniej jednak nawet ono przerażone było szaleństwem, jakie ogarnęło całą ludzkość. No, ogarnęło wszystkich poza ich piątką, rzecz jasna.Przynajmniej wszystko było teraz czystsze. Bartosz nabrał powietrza w płuca, westchnął głęboko. Jeszcze pięć lat temu byłby przerażony, starając się wykonać taką czynność, teraz jednak popatrzył tylko z satysfakcją na gęste obłoki pary, kłębiące się przed jego twarzą. Żadnych zanieczyszczeń. Żadnych smogów. Żadnych topiących się płuc.Trzeba patrzeć na pozytywne aspekty, inaczej człowiek postrada zmysły. Czyste powietrze. Zielone drzewa. Cisza, której nie dało się zaznać przed......TAAAAAAAAAAA... - rozległo się w oddali.