Traficie zatem w sam środek opanowanej fanatyzmem wioski z jednym, konkretnym zadaniem - ocalić swoją żonę, również reporterkę. Po kilku minutach wstępu i niemal nieistniejącym samouczku rozpoczyna się Pogoń. Outlast 2 pod tym względem ucieka poprzedniczce na kilka długości; chwile wytchnienia mógłbym policzyć na palcach jednej dłoni. Chyba, bo tak naprawdę ich nie pamiętam. Zazdroszczę tym, którzy będą mieli okazję ten tytuł rzeczywiście zaliczyć w jednym podejściu. Których zagęszczenie nagłych ucieczek, widoku morderczych wieśniaków za ramieniem, świateł latarek w lesie i szarpiących nerwy utworów muzycznych wprawi w autentyczne rozchwianie mentalne. Są tutaj takie sytuacje, jakich pozazdrościłyby nawet największe symbole branży. Nigdy nie będziecie bezpieczni. Nawet tam, gdzie gra zdążyła Was już przyzwyczaić do braku nagłych zrywów. Tak, jako horror "dwójka" zdecydowanie wypada mocniej niż oryginał.Ale może to mieć pewien związek z wrażliwością odbiorcy. Na przykładzie filmów - mnie "Wiedźma" (czy tam, tfu, "Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii") przeraża wielokrotnie mocniej niż dowolny wychwalany found-footage. Obawiam się elementów pierwotnych, folkloru i tego organicznego niepokoju związanego z naturą. Dodajmy jeszcze najlepiej religijny posmak. Nie twierdzę, że Red Barrels nagle wspięło się na poziom Roberta Eggersa, ale po dwóch dniach w Arizonie poważnie rozważałem krótką wizytę w osiedlowym kościele. To "zła" gra. Podczas ciorania trzymająca w napięciu, jasne, niczym wiele wirtualnych zabaw w chowanego z potworami, lecz pozostająca pod skórą dłużej. Jak gdyby dostał tam się brud. Nie każdy to zrozumie.Niestety, Outlast 2 nie wyrywa się z rynku niezależnego i szczerze mówiąc, zaczyna mu to przeszkadzać. Wcale nie próbuję tutaj dopiec oprawie wizualnej, gdyż pod tym względem jest zaledwie niewiele gorzej niż w Residencie. To mała gra z gigantycznymi ambicjami. A do tego z dwójką w tytule, a zatem usilnie kontynuująca pomysły poprzedniczki. Noktowizor nadal zapewnia ponadprogramowe nerwówki, ale potrzeba zbierania zapasowych baterii nie ma tutaj żadnego sensu, jeśli rzeczywiście poczujecie się nieustannie ścigani i, jak ja, postanowicie po prostu uciekać. Dodatkowo w kilku momentach autorzy zmuszają do łażenia na paluszkach w ciasnych, źle zaplanowanych miejscówkach. Zakładam, że zdecydujecie się zignorować puste beczki (skrytki) i dwa czy trzy razy niegrzecznie przepchacie się przez antagonistów, dopóki "jakoś nie pójdzie". Opcja odepchnięcia wieśniaków lub przyblokowania wrogich ciosów (RE VII) pasowałaby do Outlasta idealnie.Dalej - poziom traktowania odbiorcy. Tak, chodzi mi przede wszystkim o jump-scare'y, nagłe "ŁUP" w serce gracza. Wciąż ich nie brakuje, zwłaszcza takich najsłabszych, gdy niespodziewanie coś łapie bohatera za łydki. Biegam po zamglonym lesie, goni mnie banda katolickich fanatyków, i tak jest przecież gęsto. Po co równie słabe elementy w dobrej skądinąd horroro-miksturze? A jeśli o rzeczach oskryptowanych mowa, fantastyczna sekwencja ucieczki często przypłacona będzie niepotrzebnymi zgonami, bo skręcicie w lewo zamiast w prawo. Cena napięcia przede wszystkim?Domyślacie się też na pewno, że ciasna konstrukcja, w której rzadko wystarczy miejsca na "labirynciki" z "jedynki", w połączeniu z niezmienionym ilorazem inteligencji przeciwników potrafi rozczarować. Wypominam to bardziej z troski niż rzeczywistej złości, bo ta przygoda jest na tyle charyzmatyczna, iż... zasługuje na nieco więcej. Na przykład na budżet rozmiarów konkurencji Capcomu. Outlast 2 ma dużo do powiedzenia na swoim podwórku (Biohazard niech wykuje na blachę, jak intensywnie przedstawić w grze kopalnię!) i bez wątpienia stanie się takim bardziej podziemnym klasykiem. Czy nie powinien zatem reprezentować najwyższej półki? To poważnie zadane pytanie. Może tak. A może nie. Może powinien wraz z Somą udowadniać, że można taniej, inaczej, a mocniej.Polychłopaki z Warszawy kilka razy zarzucali mi, że wystawiłem siódmemu Residentowi za niską ocenę. Nie zgodzę się - po prostu trochę inaczej postrzegam horrory. Na koncie mam dziesiątki tytułów, więc i dystans zachowuję większy. Podobnie będzie z nowym Outlastem, który ląduje na Polygamii z identycznym wynikiem jak siódmy Resident. Co osobiście postrzegam jako ogromny sukces Red Barrels.Uproszczając (niepotrzebnie) powyższe wypociny: Outlast 2 jest bardzo dobrym horrorem, autentycznie ciężkim doświadczeniem (chociaż kontrowersyjną scenę, o której czytaliśmy kilka tygodni temu, wycięto. Spokojnie, zostało kilkanaście innych, podobnie niewygodnych). Jest za to gorszą grą niż tegoroczne dzieło Capcomu. Zajął mi niewiele ponad pięć godzin, więc problemy gameplayowe nie zdążyły mnie jakoś szczególnie wymęczyć. Za to przy powtórce na pewno dadzą się we znaki. Wiem już, które segmenty mnie odrobinę zirytują, będę zgrzytał zębami. Niemniej, no właśnie, planuję powtórkę. To także niezłe osiągnięcie.