Odin Sphere Leifthrasir - recenzja. Powtarzalna ale piękna

Odin Sphere Leifthrasir - recenzja. Powtarzalna ale piękna
01.06.2016 12:51
Odin Sphere Leifthrasir - recenzja. Powtarzalna ale piękna
Maciej Kowalik
Maciej Kowalik

Są tytuły, których lepiej nie ruszać, żeby nie zepsuć sobie wspomnień. Są też takie, które warto odświeżać regularnie. A ten leży gdzieś pomiędzy.

Osiem lat minęło od europejskiej premiery Odin Sphere. Choć gra wywalczyła sobie miejsce w wielkiej księdze historii japońszczyzny, wielu z Was wtedy już szalało na sprzętach siódmej generacji, nie przejmując się szczególnie zakurzonym PlayStation 2 w szafie. Leifthrasir, oprócz tego, że jest niemożliwy do wymówienia, ma służyć zatem jako okazja do nadrobienia zaległości. Lub małego przypomnienia, wokół czego był ówcześnie ambaras. Tak, to kolejny odgrzewaniec. I nie, nie aż tak pazerny, jak niektóre przepychane ostatnio kotlety. Co zresztą może okazać się jego wadą.Vanillaware, czyli tatuśków jeszcze choćby Dragon’s Crown lub Muramasy, długo uważaliśmy za mistrzów dwuwymiarowej grafiki. Teraz mamy w drugim kącie śliczne BlazBlue oraz animowane indyki Ubisoftu – naprawdę zacna konkurencja. Dlatego właśnie najbardziej ciekaw byłem, ile dawnej magii („poezji w ruchu” - mówiłem lata temu znajomym) ożywię za sprawą retuszowanego Odin Sphere. Nie mam wątpliwości, że ten tytuł znalazł się na 44. miejscu podsumowania PS2 według IGN-u właśnie ze względu na oprawę. Ale to było prawie dekadę temu.Transformacja w HD wyszła fachowo. Piękne modele postaci, fantastyczne tła, wykręcony zestaw kreatywnych przeciwników i bossów – to nadal robi wrażenie. Na wielkim telewizorze łatwiej zauważalne są braki w departamencie animacji, szczególnie wrogich ataków, na które składa się zaledwie kilka pojedynczych klatek. Ale dopóki Leifthrasir ogrywany jest po bożemu, to znaczy na pełnej prędkości, niczym gra akcji, a nie turowy RPG, ten szkopuł jakoś nie przeszkadza. Z kolei w tych momentach, gdzie powinniśmy zaczerpnąć powietrza (sklepik, baza), jest bosko. Wystarczy.

Mimo tego jednak, coś sprawiało mi problem. Zgrzytało lekko. Widzę, że gra jest bardzo ładna, tak ładna, jak pamiętałem. Ale w przeciwieństwie do „dawnych czasów”, nie potrafiłem całkowicie w nią wskoczyć. Po dość tęgiej rozkminie winę przypisałem rozmiarom bohaterów. Na PS2 kamera lizała postaci, byśmy mogli zauważyć, ile pary w nie poszło. Kineskopy zginęły śmiercią naturalną, proporcje się zmieniły, a Odin Sphere dalej uwiązuje perspektywę przy nogach protagonistów. Mój przyjaciel, który o oryginale pewnie nawet nigdy nie słyszał, uznał, że „ładne to, ale wygląda trochę jak port gry mobilnej”. Miał rację, kurczę. A wątpię, by wielu z nas miało zamiar przechodzić Leifthrasir na Vicie.Remake nie kombinuje ze swoim kanonem, wszelkie usprawnienia kierując raczej w sam gameplay. Oznacza to, że scenariusz – na dobre i złe – pozostał nietknięty. Opowieść powolnego upadku baśniowego świata Erion, luźno opartego na nordyckiej mitologii, nie przekonuje mnie do końca.

Całość podzielono na pięć samodzielnych kampanii, przeplatających między sobą poszczególne wątki i bohaterów dramatu. W zależności od tego, którą postacią z pięciu gramy, a zatem w którym momencie Odin Sphere jesteśmy (kolejność ustalono z góry), stajemy po innych stronach konfliktu. Często cofamy się do raz poznanych wydarzeń, by rozegrać je „od kuchni”. Szkoda jednak, że tak oszczędnie wytłumaczono motywacje największych krętaczy, na przykład Odyna. Wydarzenia są zbyt poszarpane, by za wszystkim nadążać i zanim się spostrzeżesz, będziesz ogarniał wyłącznie zarys historii ogrywanego bohatera, a nie – jak sądzę, tego chcieli autorzy – mozaikę mitycznej krainy.Dużym plusem sztywnego podziału są, oczywiście, różni protagoniści. Nie chcę zapędzać się za daleko z odkrywaniem niespodzianek, ale każdym gra się tutaj odczuwalnie inaczej. Gwendolyn, córka króla Odyna, w której skórze zaczynamy przygodę, jest przede wszystkim zwinna – bez problemu oddali się od przeciwnika, radzi sobie na ziemi i powietrzu, jak na walkirię przystało. To idealna postać, by nauczyć użytkownika wszystkich zakamarków systemu. Ale ciekawiej robi się dopiero później. W zależności od postaci, Odin Sphere przybiera formę slashera, erpega akcji, a nawet… shoot’em upa. Takiego niedorobionego kuzyna shoot’em upa, no.

Za to ogromnym minusem sztywnego podziału jest powtarzalność, jaką bezpodstawnie serwuje nam Vanillaware. Załóżmy, że jesteś po siedmiu godzinach gry, kończysz pierwszą kampanię. Jak się poczujesz, gdy zdradzę Ci, że widziałeś już około 75% zawartości? Że każda następna postać będzie poruszała się po tych samych krainach, walczyła z tymi samymi przeciwnikami, sub bossami, a nawet większością głównych zakapiorów? Średnio, nieprawdaż?

Jasne, inna będzie kolejność poszczególnych elementów, a czasem ujrzysz jeden świeży wzór, lecz generalnie déjà vu da Ci solidnego kopniaka w szczękę. I chociaż to nieładnie, gdy jakiś RPG zmusza mnie do podobnej tezy – Leifthrasir najlepiej ciąć sobie na godzinne sesje. Nie męczy, nie powoduje stagnacji wtedy. Tylko znowu zaczyna kojarzyć się z grą mobilną.

Jak już wspominałem, jeżeli coś zmieniono, należy tego szukać w samej rozgrywce. I fanom oryginału takie innowacje mogą nie przypaść do gustu, bowiem skrojono je pod współczesną publiczność. Pozbawiono na przykład wszystkich postaci ograniczenia akcji - paska energii, który spadał po każdym ataku.W Odin Sphere kilka nieprzemyślanych ruchów skutkowało „zmęczeniem” bohatera, czyli wystawieniem się na szpony przeciwników. Leifthrasir przypisał sobie ów felerny pasek wyłącznie do czarów lub uderzeń specjalnych, spoczywających pod innym klawiszem na padzie. Zatem nic nie stoi na przeszkodzie, byś siekał ile wlezie, jak gdybyś grał w dwuwymiarowe Devil May Cry.Ale to nie jedyny element, jakim zwiększono dynamikę leciwego tytułu. Z wolnością atakowania idzie zauważalnie większa ilość przeciwników, teraz kombo na ponad dwieście uderzeń (jedno z trofeów swoją drogą) przychodzi z łatwością. Trzeba tylko pamiętać o unikach i kciukiem dosłownie miażdżyć kwadrat na padzie. Gdy dzieje się za dużo, by w ogóle wyczaić odpowiedni na moment na unik, pozostać tylko przy kwadracie.Ekrany loadingów, za które besztany był wcześniej oryginał, zniknęły całkowicie, a zmianie lokacji towarzyszy ułamek sekundy czarnego ekranu. Dla wprawionego gracza z odpowiednio podpakowanym bohaterem zdominowanie całego lochu zajmie maksymalnie do kilku minut. Dlatego polecam od razu przełączyć poziom trudności na najwyższy – tylko wtedy Odin Sphere zachowuje swoją wymagającą naturę sprzed lat.Ostatnie sznyty trafiły w mechanizmy rozbudowy postaci. Poziomujemy teraz jeden pasek doświadczenia zamiast dwóch, awans podbija wszystkie statystyki, a phozony, dusze pokonanych wrogów, inwestujemy w eleganckie drzewko umiejętności. Każdy bohater zdobędzie w trakcie gry zatrzęsienie akcji specjalnych, czarów, ataków elementarnych lub zdolności pasywnych, a wszystkie z nich tylko się proszą o podkręcenie rzekomymi duszami. Przyswojenie sobie bitewnych możliwości tego drzewka, choć nieobowiązkowe przy rzeźniczym charakterze rozgrywki, nadaje walce efektowności i odrobinę niezbędnej finezji.Ach, no i najważniejsze - dla przeciwników jakichkolwiek zmian przeznaczony jest tryb Classic. Tam zachowano stare systemy i tam najlepiej sprawdzić, jaki dystans przemierzył charakter zabawy w Odin Sphere Leifthrasir. Zatem nikomu nie stała się krzywda, chociaż ja sobie już nie wyobrażam powrotu. Pudełko z PS2 oficjalnie idzie do archiwum.Było okej – tak podsumowałbym swoje trzydzieści godzin zabawy z Leifthrasir. Można by pomyśleć, że uparłem się na pomniejszanie jednej z legend szóstej generacji, ale tak nie jest. Nie kojarzę, bym oryginał kiedykolwiek skończył, ta gigantyczna powtarzalność musiała mnie zablokować. Zapamiętałem (jak wielu) wyłącznie genialną oprawę wizualną idącą pod rączkę z celtycką ścieżką dźwiękową. Nie scenariusz, nie rozmach, nie wzruszenia – tylko estetykę.A nową wersję ograłem wzdłuż i wszerz. Jakoś. Fabularnie to nadal mokre kluski z zupki chińskiej, więc przełączyłem dubbing na japoński i cieszyłem się zajawką aktorów. Kilka razy marudziłem pod nosem, że z okazji rimejku można było przecież dodać nowe lokacje czy bossów. Bo można było i trudno z tym argumentem polemizować.

Platformy: PS 4, PS Vita

Producent: Vanillaware

Wydawca: Bandai Namco

Data premiery: 24.06.2016 r.

PEGI: --

Grę otrzymaliśmy od wydawcy. Screeny pochodzą od recenzenta.

Ale ostatecznie skupiłem się na zaletach, których w Odin Sphere przecież również nie brakuje. Wkopałem się w system, powtarzałem niejednokrotnie lokacje, dociągałem postaci do maksimum ich możliwości.

Zmiany Leifthrasir biorę w ciemno, bo gdybym chciał „starodawnego” stylu gry, odpaliłbym po prostu PS2. Zatem jeżeli Odin Sphere chodziło Wam po głowie, od razu celujcie w nową wersję. To bez wątpienia najlepszy sposób na poznanie tego – niedoskonałego, ale naprawdę pięknego i unikalnego - tytułu.

Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (1)