Jak już wspominałem, jeżeli coś zmieniono, należy tego szukać w samej rozgrywce. I fanom oryginału takie innowacje mogą nie przypaść do gustu, bowiem skrojono je pod współczesną publiczność. Pozbawiono na przykład wszystkich postaci ograniczenia akcji - paska energii, który spadał po każdym ataku.W Odin Sphere kilka nieprzemyślanych ruchów skutkowało „zmęczeniem” bohatera, czyli wystawieniem się na szpony przeciwników. Leifthrasir przypisał sobie ów felerny pasek wyłącznie do czarów lub uderzeń specjalnych, spoczywających pod innym klawiszem na padzie. Zatem nic nie stoi na przeszkodzie, byś siekał ile wlezie, jak gdybyś grał w dwuwymiarowe Devil May Cry.Ale to nie jedyny element, jakim zwiększono dynamikę leciwego tytułu. Z wolnością atakowania idzie zauważalnie większa ilość przeciwników, teraz kombo na ponad dwieście uderzeń (jedno z trofeów swoją drogą) przychodzi z łatwością. Trzeba tylko pamiętać o unikach i kciukiem dosłownie miażdżyć kwadrat na padzie. Gdy dzieje się za dużo, by w ogóle wyczaić odpowiedni na moment na unik, pozostać tylko przy kwadracie.Ekrany loadingów, za które besztany był wcześniej oryginał, zniknęły całkowicie, a zmianie lokacji towarzyszy ułamek sekundy czarnego ekranu. Dla wprawionego gracza z odpowiednio podpakowanym bohaterem zdominowanie całego lochu zajmie maksymalnie do kilku minut. Dlatego polecam od razu przełączyć poziom trudności na najwyższy – tylko wtedy Odin Sphere zachowuje swoją wymagającą naturę sprzed lat.Ostatnie sznyty trafiły w mechanizmy rozbudowy postaci. Poziomujemy teraz jeden pasek doświadczenia zamiast dwóch, awans podbija wszystkie statystyki, a phozony, dusze pokonanych wrogów, inwestujemy w eleganckie drzewko umiejętności. Każdy bohater zdobędzie w trakcie gry zatrzęsienie akcji specjalnych, czarów, ataków elementarnych lub zdolności pasywnych, a wszystkie z nich tylko się proszą o podkręcenie rzekomymi duszami. Przyswojenie sobie bitewnych możliwości tego drzewka, choć nieobowiązkowe przy rzeźniczym charakterze rozgrywki, nadaje walce efektowności i odrobinę niezbędnej finezji.Ach, no i najważniejsze - dla przeciwników jakichkolwiek zmian przeznaczony jest tryb Classic. Tam zachowano stare systemy i tam najlepiej sprawdzić, jaki dystans przemierzył charakter zabawy w Odin Sphere Leifthrasir. Zatem nikomu nie stała się krzywda, chociaż ja sobie już nie wyobrażam powrotu. Pudełko z PS2 oficjalnie idzie do archiwum.Było okej – tak podsumowałbym swoje trzydzieści godzin zabawy z Leifthrasir. Można by pomyśleć, że uparłem się na pomniejszanie jednej z legend szóstej generacji, ale tak nie jest. Nie kojarzę, bym oryginał kiedykolwiek skończył, ta gigantyczna powtarzalność musiała mnie zablokować. Zapamiętałem (jak wielu) wyłącznie genialną oprawę wizualną idącą pod rączkę z celtycką ścieżką dźwiękową. Nie scenariusz, nie rozmach, nie wzruszenia – tylko estetykę.A nową wersję ograłem wzdłuż i wszerz. Jakoś. Fabularnie to nadal mokre kluski z zupki chińskiej, więc przełączyłem dubbing na japoński i cieszyłem się zajawką aktorów. Kilka razy marudziłem pod nosem, że z okazji rimejku można było przecież dodać nowe lokacje czy bossów. Bo można było i trudno z tym argumentem polemizować.