Osobiście nie mam mu tego za złe. Bo wcale tak negatywnie "Prometeusza" nie wspominam. Naprawdę, odświeżyłem tę kontrowersję dzień przed "Przymierzem". Największe problemy egzystecjonalnej draki z Inżynierami leżały na fundamentalnym poziomie - idiotyczne decyzje bohaterów ("Jaki ładny syczący groźnie robal z ząbkami! Możesz go pogłaskać. Zaufaj mi, mam doktorat") byłyby idiotyczne nawet gdyby film rzeczywiście jakoś się wiązał z "Obcym". A że w genezę banalnego horroru reżyser wpycha poszukiwania odpowiedzi na Jedyne Istotne Pytania - mam wyrzucać 79-latkowi, iż chce nadać ludzkiemu życiu jakiś sens? Jest prawdopodobnie świadomy, że po dopięciu prequelowej serii pozostanie mu już niewiele wolnego czasu."Przymierze" jest zatem marketingowym dziwadłem. Przez kilka miesięcy ukrywania powiązań z "Prometeuszem" "spoilerem" nazwiemy nie drugą połowę filmu, w której hasa już stary, dobry ksenomorf, tylko bardziej intrygujące rozpoczęcie, gdzie tytułowy statek wyląduje na przepięknej planecie, a tradycyjny dla gatunku rozgardiasz zasponsorują odmienne stworzonka. "Spoilerem" byłoby również napisanie, że to "dwójka" "Prometeusza" pełną parą, że powrócą postaci z tamtego filmu, że Michaela Fassbendera na ekranie jest znacznie więcej niż Katherine Waterston, teoretycznej protagonistki. Że przychodzą rozczarowujące odpowiedzi na pozostawione wtedy znaki zapytania, a świeże tajemnice wcale nie zapowiadają "Ósmego pasażera", tylko "Prometeusza trzeciego", znowu z gościnnym występem samego Obcego. No i co - kto psuje Wam zabawę? Ja czy oni?Warto jednak zacisnąć zęby, jeżeli pretensjonalny ton poprzednika mocno Was drażnił. Nie dlatego, że tym razem takowego zabrakło - oj nie, romantyczne roboty zagrają nawet na flecie - ale dlatego, iż otaczające go mięsko wypada fantastycznie. Ridley Scott nie popełniłby niechlujnego filmu. Nowe ciało niebieskie stworzył z tymi samymi ludźmi, dzięki którym tak wysoko cenimy wizualia "Marsjanina" czy "Prometeusza". A gdy fajna, leniwa ekspozycja i perfekcyjnie zmontowane spacery po przerażających lasach wybuchną wraz z plecami pierwszego nieszczęśnika, robi się wyłącznie lepiej. Nowi drapieżnicy (neomorfy) znacząco podbijają stopień brutalności, a kompozytor (Jed Kurzel, którego chwaliłem już przy okazji "Assassin's Creed") nadaje polowaniu furiatyczny puls. Stawka tylko rośnie, bo na pokładzie statku kolonizatorskiego Przymierze drzemie przyszłość naszego gatunku, ponad dwa tysiące osób. Wyobraźcie sobie tam choćby jednego facehuggera. Ach, tak, tych stworzonek również nie zabrakło.