Dlatego zazwyczaj po wyjściu z domu szwendałem się po ulicach miasteczka, chłonąc jego melancholijną, swojską atmosferę. Do tego tak naprawdę sprowadza się sama gra, także pod względem rozgrywki. Tu i tam pojawią się elementy platformowe, bo Mae lubi zwiedzać Possum Springs także na dachach i słupach energetycznych. Kilka razy trafią się też nieoczekiwane minigierki ilustrujące nasze działania. Poza tym jednak spacerujemy i gadamy, gadamy i spacerujemy, dzień za dniem.A jeśli w pewnym momencie zmęczy nas taka formuła - każdy potrzebuje czasem zmiany tonu - twórcy włożyli do swojej gry... inną grę. Nazywa się Demontower, znajduje się w laptopie Mae i jest wszystkim tym, czym nie jest Night in the Woods - dynamiczną, prostolinijną grą akcji o zabijaniu szkieletów i wymagających bossów. I nawet nie spodziewacie się, jaka to piekielnie wciągająca zabawa. W pewnym momencie za każdym razem, gdy wracałem wieczorem do domu, zamiast pójść bohaterką spać, odpalałem jeszcze laptopa i przeżyty w grze dzień odreagowywałem umieszczoną w grze grą. Ale meta, co? Demontower funkcjonuje jako świetnie wkomponowany kontrast do leniwego tempa Night in the Woods. Myślę, że spokojnie spędziłem z dwie godziny na samym łojeniu potworów i powtarzaniu coraz trudniejszych poziomów.Potem, zrelaksowany bezmyślną rzeźnią testującą moją zręczność, wracałem z głębin Demontower na powierzchnię Night in the Woods, do spraw znacznie bardziej skomplikowanych niż sposób na zabicie plującego lawą żywiołaka ognia. Na przykład rozmowy o studiach z mamą. Zawsze towarzyszyła mi przy tym muzyka - tak dobra, że gdy pierwszy raz uruchomiłem grę, pięć minut spędziłem w menu, słuchając z zachwytem głównego motywu. W przerwach od pisania akapitów tej recenzji, przeszukuję sieć w poszukiwaniu poszczególnych numerów, bo na rynku nie ma jeszcze oficjalnej ścieżki dźwiękowej.Piosenki potrafią być bardzo zróżnicowane - od mistycznej, ambientowej ody do lasu w nocy, przez sentymentalną melodię na cymbałkach, po chwytliwą, nieco ckliwą "popówkę". Mało tego, w pewnych sekwencjach sami mamy kontrolę nad brzmieniem i kompozycją. I chyba już na screenach widzicie, że w parze z pierwszorzędną muzyką idzie charakterystyczny styl graficzny. Trochę w nim Oxenfree, a trochę unikatowego sznytu autorów, pełnego barw, minimalizmu i pociesznych zwierzakoludzi.Niestety, Night in the Woods ma dwie wady - merytoryczną i techniczną. Pierwsza sprowadza się do ostatniego rozdziału, który zbyt nagle i niezdarnie zmienia ton opowieści. Do tego momentu poważnie rozważałem najwyższą notę. Trudno jednak zignorować takie potknięcie, tym wyraźniejsze na tle dotychczas świetnie prowadzonej historii. Epilog wraca już na odpowiednie tory, ale poprzedzające go pół godziny jest jak rozstrojony bas w fantastycznym utworze, zgubione tempo na perkusji, pomyłka w zwrotce. Do technicznych mankamentów zaliczam natomiast bardzo dużą liczbę ekranów ładowania. Nie są długie, ale potrafią pojawiać się co kilka sekund - przy wejściu do pokoju, po wyjściu z domu, podczas przechodzenia do następnej partii miasta... W tytule tak nastawionym na wędrówkę potrafi to trochę zmęczyć.Tak czy inaczej ci, którzy szukają nieśpiesznej, magicznie powszedniej opowieści psychologicznej, nie mogą trafić lepiej. Zakochacie się w Possum Springs i wszystkich życiach, które płyną z jesiennym nurtem miasteczka. Równie często będziecie śmiać się z poszczególnych żartów czy sytuacji, co popadać w niezbyt wesołą zadumę. A miejscami może nawet zmierzycie się z niewidzialnymi ninja krojącymi przy waszych oczach cebulę. Są takie momenty, kameralne i zbyt znajome, gdy potrafią być bardzo uparci. Sam z nimi trochę przegrałem.