Cóż… wygląda na to, że wcale nie potrzebujemy DOBREGO powodu, by fetować naszą ukochaną space operę. A skoro pochodzenie święta jest spaczone, to spaczone niech będzie i nasza jego celebracja. Bo przyznacie - sugerowanie w taki dzień, że uniwersum uwielbiane przez miliony fanów wcale nie jest tym najlepszym, najciekawszym i najbardziej kolorowym, nie jest zachowaniem najmilszym. A jednak to właśnie zrobię. Podsuwając przy okazji kilka rewelacyjnych dzieł science fiction, które biją „Gwiezdne wojny” na głowę, i które już dawno zasłużyły na zainteresowanie twórców gier wideo.Opublikowany w 1989 roku „Hyperion” Dana Simmonsa to jedno z najwybitniejszych arcydzieł science fiction XX wieku. I choć nie zamierzam tutaj tej książki spoilerować nikomu, kto chciałby się z nią zapoznać, to zalecam przerwać w tej chwili lekturę i pobiec do najbliższej księgarni lub biblioteki. Bo „Hyperion” to rzadki przykład powieści, będącej nie tylko arcydziełem opiewanym przez literaturoznawców i recenzentów, ale też świetnie napisanym czytadłem, które (pomimo 500 stron długości) połyka się w jedną noc.Akcja „Hyperiona” rozgrywa się w XXVII wieku, całe stulecia po tym, jak ludzkość uciekła z umierającej Ziemi i zasiedliła odległe galaktyki. Dominującą potęgą w kosmosie jest Hegemonia, wieloplanetarne, rozrastające się wciąż imperium, kolonizujące i wchłaniające co jakiś czas nowe światy (skolonizowane wcześniej przez innych ziemskich uciekinierów, w uniwersum „Hyperiona” nie ma kosmitów). Życie w zrzeszającej miliardy ludzi Hegemonii możliwe jest dzięki napędom Hawkinga, portalom i TechnoJądru - zbudowanemu z niezliczonej ilości sztucznych inteligencji cyfrowemu jestestwu, które współpracuje z ludźmi i udostępnia im megasferę (taki międzygalaktyczny internet). Zaś głównym zagrożeniem dla Hegemonii są wygnańcy, czyli ci spośród Ziemian, którzy po wielkiej uciecze nie zatrzymali się, by budować nowy ład, ale polecieli dalej, wybierając życie półdzikich, kosmicznych nomadów ewoluujących powoli w kierunku nowego gatunku.To wszystko to jednak tylko tło, głównymi bohaterami Hyperiona jest bowiem siódemka pielgrzymów (nazwanych znacząco: Kapłan, Żołnierz, Poeta, Kapitan, Uczony, Detektyw i Tułacz), udających się do tajemniczych Grobowców Czasu, by tam wypowiedzieć po życzeniu przed Dzierzbą - nieprzewidywalnym, naszpikowanym kolcami mitycznym bycie, który może cię zabić lub wysłuchać.Gdybym miał wyobrazić sobie grę na podstawie tej niezwykłej książki, to niestety musiałbym postawić na Davida Cage’a. Nie dlatego, że cenię jego dokonania. Jest wprost przeciwnie. Ale tylko facet, który zrobił grę jednocześnie o funky gliniarzu, seryjnym mordercy, seksie z umarlakiem, klątwie Majów, wszechmocnej sztucznej inteligencji, nowej epoce lodowcowej, zabójczych roztoczach i pojedynkach wprost z „Matrixa" („Fahrenheit”), byłby w stanie ogarnąć rzeczywistość „Hyperiona”. Bo, przynajmniej na pierwszy rzut oka, jest w niej wszystko - tony nawiązań do poezji Johna Keatsa, międzygalaktyczne imperium i internet rodem z „Hakerów” (tylko bardziej), potwór zawdzięczający swe imię ptakowi nabijającemu ofiary na ciernie, podróże w czasie, krytyka kolonializmu, drzewostatki kosmiczne, sztuczne inteligencje poszukujące Boga, starożytne przepowiednie i trwające dekady międzygwiezdne podróże. Aby stworzyć i ożywić taką rzeczywistość potrzebny jest szalony geniusz. Danowi Simmonsowi raz się udało (ale tylko raz - kolejne tomy to już niestrawne gnioty), David Cage wiele razy próbował, ale nigdy mu nie wyszło. Może więc czas, by przestał kreować własne światy i wspomógł się pomysłami kogoś innego?