Never Alone - recenzja

Strona głównaNever Alone - recenzja
01.12.2014 16:55
Never Alone - recenzja
marcindmjqtx
marcindmjqtx

Inna, ciekawa, ważna? Tak - gra stworzona przy współudziale plemienia rdzennych mieszkańców Alaski bez dwóch zdań zasługuje na te epitety. Dobra? Uwierzcie, że bardzo chciałbym móc ją Wam polecić.

Gry wideo rok w rok serwują nam przewidywalny zestaw sequeli doprawiony grami niby nowymi, ale pozwalającymi z łatwością wyliczyć przyświecające im inspiracje. Tak było, jest i będzie - lubimy to, co już znamy. Nie ma sensu z tym walczyć, za to warto doceniać produkcje "inne". Takie, których celem nie jest dostarczenie graczowi prostej frajdy. Takie, za którymi stoi coś więcej.

Never Alone - zwiastun premierowy Never Alone to najświeższy przykład gry tworzonej dla idei. Przy pracach udział brało ponad 40 przedstawicieli plemienia Inupiaq, które zamieszkuje Alaskę od ponad trzech tysięcy lat. W 2000 roku szacowano, że populacja Inupiaq wynosi ponad 19 tysięcy osób. Obecnie ta liczba skurczyła się do mniej niż 14 tysięcy.

Przez lata Inupiaq przekazywali swoje wierzenia i historię ustnie z pokolenia na pokolenie. Co zrobić, gdy populacja się kurczy i za kilka dekad może już nie być nikogo, kto mógłby przekazywać je dalej? Można na przykład stworzyć grę, która opowie jedną z legend plemienia, pokaże jego kulturę, obyczaje i być może zainteresuje kogoś losem tych ludzi. A przynajmniej jakąś cząstkę ich historii ocali do zapomnienia.

Never Alone

Ignorancja nie jest powodem do dumy, ale Alaskę znam tylko z serialu "Przystanek Alaska". To nie mój kontynent, nie mój krąg kulturowy. Do momentu, gdy usłyszałem o Never Alone, nie słyszałem nic o ludzie Inupiaq. Dzięki grze wiem o nich trochę więcej. Może nie przyda się to do błyśnięcia anegdotą na imprezie, ale obcowanie - nawet wirtualne - z tak inną i bogatą kulturą to przyjemne doświadczenie. Słuchanie członków plemienia opowiadających o życiu na dzikiej Alasce, o tym, jak traktują naturę, swoją rolę na Ziemi i w co wierzą, było szalenie ciekawe. Samo granie w Never Alone było natomiast męką.

Inupiaq poznajemy bliżej dzięki odblokowywanym w trakcie rozgrywki krótkim filmikom, skupiającym się na rozmaitych elementach kultury tego plemienia. Tylko one są powodem, by po 30 minutach nie rzucić gry w kąt.

Never Alone

Never Alone opowiada historię dziewczynki, która wyruszyła z wioski, by dowiedzieć się co odpowiada za dramatyczne pogorszenie się pogody i śnieżyce utrudniające życie jej społeczności. W wyprawie Nuny bierze też udział biały lis. Szalenie pomocny w kontaktach z dzikimi duchami. Niektóre z nich są pomocne, inne wprost przeciwnie, ale wszystko co napotkamy w trakcie dość krótkiej wędrówki jest mocno zakorzenione w wierzeniach Inupiaq i okraszone narracją w tym języku. Każda postać, zdarzenie czy zjawisko zostanie bliżej przedstawione graczowi, tak by mógł przez chwilę spojrzeć na świat oczami członków plemienia.

To byłaby fantastyczna edukacyjna wycieczka w magiczny (dla nas - dla Inupiaq jak najbardziej rzeczywisty) świat, gdyby poziom wykonania samej rozgrywki był chociaż średni. Gdyby dało się po prostu iść przed siebie, ku kolejnym filmikom, przymknąłbym oczy na burą oprawę czy nudne i dłużące się plansze, zaprojektowane bez pomysłu na zaangażowanie graczy czymś więcej, niż mechanicznym powtarzaniem tych samych czynności. Graczy, bo choć pomiędzy sterowaniem Nuną i lisem można się przełączać, to granie w pojedynkę jest skutecznym sposobem na niepotrzebne zwiększenie poziomu frustracji spowodowanej idiotycznymi zgonami zdanego na łaskę SI bohatera.

Never Alone

Autorzy wiedzieli, że ten element leży, więc punkty kontrolne spotyka się tu co kilka kroków, ale frustracja i kilkukrotne powtarzanie miejsca, które nikomu nie sprawiłoby kłopotów, gdyby grę należycie przetestowano, jest mordercza dla atmosfery. Po kilku wpadkach ta ulatuje i dopiero kolejna filmowa opowieść przywraca jej część. Nie będziecie tu zacinać się na Bóg wie jak skomplikowanych zagadkach - takowych nie ma. Wachlarz umiejętności dwójki bohaterów mocno rozczarowuje, więc o przyjemnej gimnastyce szarych komórek nie ma mowy. Ot, w Never Alone nawet najprostsze przeszkody potrafią sprawiać problemy, gdy postać nie reaguje na wciskanie przycisku odpowiednio szybko. Albo gdy się gdzieś zatnie lub nie będzie chciała po prostu zejść ze stopnia bez spadania w przepaść. Było mi głupio, gdy przy grze, która miała być urocza i magiczna, kląłem raz po raz nie mogąc uwierzyć w to, co dzieje się na ekranie. No i w zasadzie nigdy nie działo się nic ciekawego.

Werdykt Recenzja pojawia się dość późno, bo czekałem z nią na możliwość przejścia gry po aktualizacji, która miała naprawiać najbardziej zepsute elementy. Różnica w stosunku do wersji przedpremierowej jest, ale to wciąż za mało, by grało się przyjemnie. Brak wprawy deweloperów wyziera tu z każdego kąta i kaleczy rozgrywkę zbyt mocno, by recenzent mógł przymykać na to oko.

Never Alone

Jako dokument Never Alone jest ważne i ciekawe. Może tym razem niekoniecznie ważne dla nas - Europejczyków, ale już dla mieszkańców Alaski na pewno. A sam fakt, że recenzja pojawia się na polskim serwisie pokazuje, jaki potencjał mają gry wideo jeśli idzie o dzielenie się ze światem bogactwem obcych, nieznanych nam kultur. Dochody z gry zostaną przeznaczone na działalność organizacji Cook Inlet Tribal Council zajmującej się pomocą, edukacją i krzewieniem kultury rdzennych mieszkańców Alaski.

Niestety, wymiar dokumentalny to wszystko, co ciekawego ma nam do zaoferowania ta jakby nie było gra. Wszystko, co nie jest kolejnym filmikiem opowiadającym o Inupiaq, nadaje się tu do gruntownego remontu.

Maciej Kowalik

Platformy:PC, PS4, Xbox One Producent:Upper One Games Wydawca:E-Line Media Dystrybutor:- Data premiery: PC/X1: 18.11.2014; PS4: 26.11.2014 PEGI:12 Wymagania: Intel Core 2 Duo E4500 @ 2.2GHz/AMD Athlon 64 X2 5600+ @ 2.8 GHz, 2 GB RAM; GeForce 240 GT/Radeon HD 6570

Grę do recenzji udostępnił producent. Testowaliśmy wersję na PS4. Screeny pochodzą od redakcji.

Udostępnij:
Komentarze (0)