Ale to w gruncie rzeczy dość przyzwoity Need for Speed. Ghost Games naprawiło wszystkie bolączki poprzedniczki. Popracowali nad ulicznym modelem jazdy, to znaczy cofnęli go w "rozwoju", by przypominał zrimejkowane Hot Pursuit. Zmniejszyli ciśnienie na "grę sieciową", bo teraz kampania nie wymaga połączenia, nawet można ją bez problemu zapauzować (szok!). Na mapie, oprócz billboardów, rozrzucili tonę znajdziek, czasówek, fotoradarów czy stref driftu, by podróż z miejsca A do miejsca B zawsze oferowała jakąś dochodową odskocznię. Gra jest zwyczajnie przyjemniejsza od samozwańczego Need for Speeda z 2015 roku, przewiduje więcej zabawy. No i teraz wyścigi odbywają się również za dnia. Tylko deszczu brakuje.Tutaj zakończyłbym normalnie tekst recenzji. Stwierdził, że "można", że właściwie to nieszkodliwa, niezła ścigałka. Przewidywalny NfS w czasach, gdy ludziom marka EA wyszła już bokiem. Niestety, nie mogę. Bo kariera może zająć te piętnaście "spoko" godzin, ale nie musi. Widzicie, Payback wymaga od Was osobnego samochodu do każdej klasy wydarzeń. Zatem wszystkie musicie sobie kupić. Jasne, odłożycie skąpe środki otrzymane za zwycięstwa z ostatniej godziny, uciułacie, kupicie. Tak było przecież zawsze. Nawet jeśli oznacza to powtarzanie tych samych wydarzeń, by w końcu zebrać na wymarzone Lambo. Problemy zaczną się chwilę później. Lub dużo wcześniej, w zależności od Waszego farta.Posiadany samochód należy regularnie ulepszać, by dawał sobie radę z kolejnym wydarzeniami w serii. Określa to prosta liczba. Masz autko na poziomie 150, a następny wyścig po tym ostatnim, który zaliczyłeś z palcem w nosie, straszy "rekomendowanym" poziomem 175? Jest spora szansa, że system mocno zadba, abyś nie podołał. "Dobra, ulepszę swoją Hondę, pójdzie łatwiej". Ano pójdzie, bo gdy będziesz miał poziom 180, gra naprawdę będzie łatwiejsza. Znaczy - przeciwnicy zaczną popełniać błędy. To pierwszy sygnał, że coś śmierdzi.