Naruto: Rise of a Ninja - recenzja
Screwball: Podobno Masashi Kishimoto był w młodości denerwującym dzieckiem. Być może właśnie dlatego, niekoniecznie świadomie, stworzył wiele lat później postać Naruto - młodego, nadpobudliwego i nielubianego ucznia Akademii Ninjutsu. Bohater ten stał się w dość krótkim czasie ikoną mangi na miarę Goku z Dragonballa. Zaryzykuje nawet twierdzenie, iż jest to w tym momencie najpopularniejsza na świecie seria rodem z Japonii. Pewnie to zaważyło na decyzji o zrobieniu gry na podstawie przygód młodego fajtera przez i tu niespodzianka. Naruto: Rise of a Ninja nie popełniło Namco, Konami, Capcom czy inne wschodnie studio. Zrobiło to francuskie (a dokładnie kanadyjski oddział) Ubi. Zastanawiając się nad tym chwilę, można by pomyśleć - przecież zachód nie może się zabierać za coś tak rdzennie japońskiego jak Naruto. Nie chciałbym rozpoczynać kolejnego wątku na temat ewidentnego kryzysu branży video w Kraju Kwitnącej Wiśni, powiem tylko - dobrze, że tę grę zrobili „nasi”.