Swoje poruszenie uzewnętrzniałam na przestrzeni lat na różne sposoby. Jako nastolatka napisałam opowiadanie na kilkanaście stron, które pod kątem fabuły do złudzenia przypominało Najdłuższą podróż, choć oszukiwałam samą siebie, że wcale tak nie jest. Zdarzyło mi się też rysować April, ale to już wiele lat poźniej, gdy moje rysunki przestały wyglądać nieproporcjonalnie i koślawie. I pomyślałam, że nawet jednym się podzielę, bo czemu nie.Gdzie się podziała ta magia w kolejnych grach? W którym momencie i dlaczego Ragnar Tørnquist ją stracił? A może tak naprawdę ten brakujący składnik to sentyment; silne odczucia z wczesnych lat, gdy jesteśmy w stanie odbierać rzeczy niezwykle intensywnie, bo to dla nas coś zupełnie nowego, pierwszego? Może gdybym usłyszała te dźwięki i wzięła myszkę w dłoń po raz pierwszy dopiero teraz, mając odbiór czysty i niczym nienaznaczony, stwierdziłabym, że nie ma w tej grze nic niezwykłego?Bo dziś faktycznie jedna rzecz w pewnym sensie straciła swój urok. Kiedyś wydawało mi się, że Edyta Olszówka była idealna jako April. Teraz słyszę wyraźnie, że wielokrotnie musiała pracować na scenariuszu pozbawionym kontekstu, prawdopodobnie nie widząc nawet przed sobą obrazu. Zdarza jej się powiedzieć coś dziwnego, tonem zupełnie nie pasującym do sytuacji.Mam jednak wrażenie, że mimo wszystko to i tak pozostaje naprawdę wybitna gra. I że takie będzie moje zdaje jak niedługo w nią znowu zagram. W April wraz z wiekiem mogłam coraz mocniej odnajdywać samą siebie. To naprawdę jedna z najbardziej ludzkich bohaterek, jakie dały nam gry wideo. Zoe wydaje mi się jej niepotrzebną iteracją – Tørnquist powinien był po prostu kontynuować opowieść z Ryan w roli głównej.Problemy, jakich ona doświadcza w życiu codziennym, są niezwykle prozaiczne i realne. Presja jaką odczuwa w związku ze studiami, złożone relacje z rodzicami, poczucie wyobcowania, nagła wyprowadzka i start dorosłego życia. Osłanianie się przed nieszczęściem za płaszczykiem ironii i humoru. To również chyba jedyna gra, w której autentycznie czytałam od deski do deski pamiętnik bohaterki, bo autentycznie pogłębiał ten świat. Dopowiadał też to, czego jako gracz możemy się tylko domyślać, sygnalizując prawdziwe uczucia April wobec ludzi w jej życiu. Trochę na tym polega też wyjątkowość tej gry. Jakimś cudem udaje jej się być barwną, mroczną opowieścią opartą na wątkach fantastycznych, pozostając przy tym historią o traumie małej dziewczynki.Moje wspomnienia nie zniknęły wraz z Bjørnem Arve Lagimem. Człowiek, który stworzył jedne z najpiękniejszych dźwiękowych kompozycji, zaginął w odmętach internetu. Co jakiś czas próbuję wyszukać jego nazwisko, ale niestety nie mam pojęcia, co się z nim dzieje. Czy żyje gdzieś na skarpie z widokiem na morze, ukryty przed ludźmi, popijąc whiskey? A może ślad po nim zaginął, bo po The Saga of Ryzom udało mu się odnaleźć portal do Arkadii, której niezwykłością oddychał i on, i jego muzyka? Chciałabym się kiedyś dowiedzieć.Na zawsze zapamiętam pierwszy strach towarzyszący ujawniającej się żerlicy, której przestraszyła się nawet moja mama. Nie zapomnę lęku towarzyszącego pierwszemu skokowi, ani momentu, gdy Tobias wyprowadził mnie ze świątyni i pokazał tętniący życiem targ pełen dziwnych zwierząt i nachalnych kupców. Chętnie ponownie przeżyję poczucie spokoju i rozluźnienia, gdy uda mi się jeszcze raz wrócić do Stark po odwiedzeniu szalonego alchemika.Doświadczę znowu przyjemności płynącej z konwersacji z Charliem, który ewidentnie czuje do mnie miętę. Rozbawienia przy rozmowach z Flipperem. Przyjaźni z niezastąpionym, wiernym Krukiem. Ale i niepokoju, gdy zauważę, że w Newport zrobiło się dziwnie cicho i pusto, a kawiarnia jest zamknięta; przecież nie powinna.W grudniu minie 20 lat od premiery. Aż nie mogę w to uwierzyć. Zbieram się właśnie do kolejnego powrotu, bo znowu zatęskniłam. I coś czuję, że to nie ostatni raz. A za każdym razem będę oglądać Najdłuższą podróż w innym kontekście, przez soczewkę nowych doświadczeń, odkrywając w niej co i raz rzeczy zupełnie nowe i nieoczekiwane. I nie obchodzi mnie, że to zakończenie może brzmieć sztampowo – niech sobie brzmi na zdrowie.