Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeMount & Blade II: Bannerlord. Nowe szaty, ten sam król

Nie ma lepszej pecetowej piaskownicy.

Facebook Twitter Google Wykop

Graliśmy w wersję early access, zatem na końcu nie zobaczycie oceny.

Od dziecka mówiono mi, że mogę zostać każdym. Jest to oczywiście bzdurą – przynajmniej w prawdziwym życiu, bo już w grach to zupełnie inna gadka. A tym bardziej w serii Mount & Blade. Przez jakiś czas byłem na przykład samozwańczym stróżem prawa, uganiając się za bandami łupieżców i innych kryminalistów. Bynajmniej nie z powołania czy chęci ulżenia lokalnym chłopom w ich i tak ciężkiej doli. Ot, był to w miarę prosty i bezpieczny sposób na rozkręcenie biznesu, bo te bandy ani zbyt liczebne, ani dobrze uzbrojone. W sam raz dla mojej małej grupki przyszłych najemników na usługach jakiegoś lorda.

Bo widzicie, miałem plan. Zawsze go mam, rozpoczynając kolejną kampanię w którymkolwiek Mount & Blade. Te plany są różne. Czasem chcę zostać królem, kiedy indziej zadowolę się “tylko” pozycją wasala z paroma zamkami, wioskami i może miastem. Bywa też, że po prostu wożę towary między królestwami, korzystając z wahań na politycznej mapie Calradii i stopniowo rozbudowując swoje imperium handlowe.

Mount & Blade II: BannerlordA nie ma dziś do takich planów lepszej propozycji niż seria Mount & Blade. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że nigdy sensownej alternatywy nie było, bo to właśnie TaleWorlds, lepiej niż niejeden twórca wysokobudżetowych RPG-ów, pokazało, ile frajdy może być z pisania własnej historii. I Bannerlord tylko w tym przekonaniu utwierdza.

Jak Pory roku Vivaldiego

Oczywiście wymaga to olbrzymich pokładów cierpliwości, bowiem nic nie dzieje się od razu. Mój plan na tę rozgrywkę zakładał zostanie wasalem Sturgii, odpowiednika ziem naszych wikingów i jednego z królestw uwikłanych w walkę o kontrolę nad Calradią. Zanim jednak do tego doszło, musiałem godzinami wykonywać proste zadania tak dla możnych, jak i prostych wieśniaków, uganiać się za bandytami, a momentami samemu się nimi stawać, plądrując wsie należące do rywali “mojego” królestwa.

Wszystko po to, by budować reputację i relacje z tymi, do których chciałem dołączyć. A kiedy w końcu zostałem zauważony i udało mi się zaciągnąć jako najemnik… nie, nie poszło z górki. Teraz zaczął się właściwy proces, który aż tak nie różni się od tego poprzedniego M&B. Szlachcic, u którego udało mi się znaleźć zatrudnienie, stał się furtką, przez którą mogłem wejść na dwory pozostałych możnych i samego króla.

Mount & Blade II: BannerlordDołączałem do armii, plądrowałem, najeżdżałem, nękałem karawany, uganiałem się za przeciwnikami. Aż w końcu nastąpił ten moment – złożyłem hołd królowi Sturgii, stając się tym samym jego wasalem. I nie, dalej nie było z górki. Teraz trzeba było zadbać o swoje interesy i wpływy. Do wojaczki dodałem zatem politykę, popierając w głosowaniach tych, z którymi mi zależało na dobrych relacjach. Tak dostałem swój pierwszy zamek i przynależące do niego dwie wsie.

Wszystko straciłem godzinę później.

Po co to opisuję? Bo właśnie to jest Bannerlord w pigułce. Najpierw żmudnie dochodzę do czegoś, by chwilę potem to stracić, a następnie wszystko odbudować.

Wojna, wojna jest nowelą

Jeśli graliście w poprzednie części, poczujecie się jak w domu. Na szczęście ktoś w tym domu zrobił delikatny remont i Mount & Blade II wita nas zupełnie przemodelowanym interfejsem. Ten usprawnia większość czynności wykonywanych w miastach, wsiach czy po prostu na mapie. Weźmy na przykład rozmowy z bohaterami w miastach. Wystarczy kliknąć w portret interesującej nas osoby, by od razu przenieść się do rozmowy. Niby drobiazg, ale każdy, kto próbował w Warbandzie prowadzić biznes albo skupiał się na towarzyszach, bardzo go doceni.

Mount & Blade II: BannerlordDuża zmiana zaszła też w bitwach, w których w końcu można skupić się na dowodzeniu, a nie wydaniu rozkazu “SZARŻUJ! ” i tłuczeniu kolejnych wrogów bez zwracania uwagi na własne jednostki. Rozgrywałem starcia, w których nie zadałem ani jednego ciosu, stojąc na wzgórzu i wydając polecenia wojsku. Łucznicy ustawią się o tutaj, włócznicy otoczą ich ochronnym kręgiem, piechota ruszy od frontu, a kawalerię zatrzymam na razie w odwodzie, by uderzyć od tyłu na związanego walką przeciwnika.

Ktoś powie, że to wszystko było też możliwe w poprzednich częściach. Prawda. Jednak dopiero Bannerlord robi to na tyle czytelnie i intuicyjnie, żeby chciało się bardziej taktycznie podchodzić do starć. Co oczywiście nie oznacza, że mamy tu jakiegoś RTS-a. Na pole walki prędzej czy później wdaje się chaos. Wszystko wygląda pięknie, dopóki obie armie manewrują, podchodzą się, testują szybkimi wypadami lekkiej kawalerii. Kiedy jednak zetrą się główne siły, najczęściej wszystko trafia szlag i trzeba improwizować.

Mój mały krąg zaczepno-obronny z łuczników i włóczników szybko padł ofiarą wrogich strzelców konnych, do walki z którymi musiałem oddelegować własną kawalerię. Ta dość szybko ich rozpędziła, ale nie wyrobiła się ze wsparciem piechoty, która zaczynała przegrywać walkę z przeważającymi siłami wroga. Cóż innego mi zostało, jak rzucić się z resztą sił na odsiecz.

Mount & Blade II: BannerlordTutaj jest niby po staremu, przynajmniej na tej podstawowej płaszczyźnie. Walka opiera się na dokładnie tej samej mechanice, co w Warbandzie. Są zatem ataki wyprowadzane z różnych kierunków, blokowanie, parowanie, można walczyć konno lub pieszo. Wszystko jest jednak bardziej płynne, chciałoby się rzec – naturalne. Ciosy zadaje się szybciej, nie wygląda to już jakby szympans z niedowładem kończyn próbował rąbać drewno, a nieszczęśnicy padający od mieczy, włóczni, buław i innego średniowiecznego żelastwa doczekali się nawet kilku efektownych animacji.

Jednak nie to jest najważniejsze, bowiem w serii Mount & Blade zawsze liczył się też realizm. Walcząc czuje się ciągłe zagrożenie otaczające bohatera z, dosłownie, każdej strony. Cały czas trzeba dzielić uwagę między przeciwnika przed nami i całe otoczenie. Wystarczy zbytnio oddalić się od własnych sił, żeby zostać otoczonym i paść pod nawałnicą ciosów przeważających sił wroga. Zresztą nawet największa czujność nie zawsze pomoże, bo można mieć po prostu pecha i zginąć od zagubionego bełta albo zostać nadzianym na lancę jakiegoś jeźdźca, którego nawet się nie zauważyło.

A to wszystko i tak blednie przy oblężeniach, które teraz w końcu wyglądają jak z prawdziwego zdarzenia. To zdecydowanie najbardziej dopracowany względem poprzednich części element Bannerlorda. Jest krwawo, jest ciężko i zdobycie twierdzy czy zamku niemal zawsze stanowi wyzwanie.

Mount & Blade II: BannerlordNad głową latają pociski miotane tak przez maszyny oblężnicze, jak i balisty czy katapulty należące do obrońców. Żołnierze wspinają się po drabinach na mury, co przypomina wkładanie kawałków mięsa do maszynki mielącej. Kolejne ciała spadają, by zostać zastąpionymi przez nowe, napierające w nadziei, że tym razem uda się dosięgnąć przeciwnika mieczem i przełamać obronę. A gdy już się to uda, nie ma litości. Napastnicy rozlewają się po murach i dziedzińcu, otaczając topniejące siły wroga i wybijając jego wojska w pień.

Albo i nie, bo jak to w rzeczywistości bywało, potrzeba naprawdę dużej przewagi liczebnej, żeby zdobyć dobrze obsadzony zamek czy miasto. Przy odpowiednio dobranych jednostkach można się naprawdę długo utrzymać – nawet jeśli przeciwnik ma kilkukrotną przewagę.

Nie pędź tak proszę, daj odpocząć

Wojna to coś, wokół czego kręci się cały świat Bannerlorda. Królestwa walczą ze sobą, posiadłości co chwilę zmieniają właściciela, a granice są bardzo płynne. Dziś jakieś państwo kończy się na górach, jutro ciągnie się od morza do morza. Gracz jest rzucony w środek tego wszystkiego bez większej wiedzy, jak sobie z tym poradzić. Owszem, gra ma samouczek, ale ten przedstawia tylko podstawy. Do całej reszty trzeba dojść samemu metodą prób i błędów.

Tych drugich popełnia się zdecydowanie więcej, ale nowy Mount & Blade nie skreśla kogoś tylko dlatego, że powinęła mu się noga. Nie wyszła ci wojaczka? Nic nie szkodzi, bo wojna daje wiele możliwości innych niż bezpośrednie starcia. Mówili, że możesz zostać kim tylko zechcesz, więc czemu nie zająć się na przykład handlem? Ekonomia i niezniszczalny wolny rynek działają tutaj naprawdę dobrze i królestwa, będące non-stop w stanie wojny, potrzebują ciągłych dostaw broni i jedzenia. Wystarczy kupić je gdzieś, gdzie panuje pokój i sprzedać w innym miejscu z dobrym zyskiem.

Mount & Blade II: BannerlordMożna też dosłownie wziąć sprawy w swoje ręce i zająć się kowalstwem dzięki systemowi craftingu. Kupować tanio surowce, a potem wykuwać z nich tak potrzebną wojownikom broń. Albo olać to wszystko i zostać “potentatem przemysłowym”. Nabyć parę manufaktur w miastach i patrzeć, jak sakiewka się zapełnia. A może zainwestować w karawany przemierzające królestwa w poszukiwaniu najlepszych okazji? Zawsze można też wieść proste życie nomada, podróżując od miasta do miasta i łapać się każdego zajęcia, jakie się napatoczy.

Całkiem ciekawie prezentuje się też bycie politykiem. Dzięki nowej „walucie”, jaką są wpływy, można ingerować – przez głosowanie – w decyzje podejmowane w państwie czy przekonać możnych, by to właśnie tobie przekazali dopiero co zdobyty zamek. Same wpływy zdobywa się przede wszystkim walcząc, ale są też pokojowe metody jak wykonywanie zadań, bogacenie się czy po prostu posiadanie włości. Jest to waluta o tyle istotna, że poza wykorzystywaniem jej w głosowaniach, służy też do zwoływania armii.

Nie trzeba już być marszałkiem królestwa, żeby zebrać szlachtę. W Bannerlordzie może zrobić to każdy, kto jest możnym w danym państwie, wydając odpowiednią liczbę wpływów. Im dany lord lubi nas bardziej, tym mniej zapłacimy za towarzystwo jego i jego zbrojnych. Trzeba jednak pamiętać, że armia, choć zdecydowanie ułatwia podboje, musi też jeść i ma swoje morale. Zabraknie jedzenia albo zaczniemy odnosić porażki i wszyscy rozejdą się do domów.

Mount & Blade II: BannerlordNic nie stoi jednak na przeszkodzie, żeby dać sobie z tym wszystkim spokój i skupić się na własnym klanie. Zbierać popleczników, znaleźć żonę (albo męża), mieć dziecko, które po naszej śmieci odziedziczy to, co po sobie zostawiliśmy, a w końcu proklamować własne królestwo i dać się wciągnąć w cały ten wir.

Właśnie to stanowi o pięknie i swego rodzaju geniuszu Bannerlorda. Świat gry jest bardzo dynamiczny i zmienia się dosłownie z dnia na dzień, ale tylko od nas zależy, jak mocno się w niego zaangażujemy. Można być w samym centrum wydarzeń, można stać w drugim rzędzie, a można też mieć to wszystko gdzieś i po prostu żyć. Niezależnie od dokonanego wyboru Calradia będzie funkcjonować swoim, nieco szaleńczym, rytmem.

Szczypta zachwytu, łyk cierpienia

To wspaniale wyglądające danie zostało jednak polane momentami niesmacznym sosem z wczesnego dostępu. Można dyskutować, czy to fair w stosunku do graczy, skoro gra powstawała przez osiem lat, ale sytuacji to nie zmieni. Jeśli chodzi o mnie, wolałbym produkt skończony, choć z drugiej strony – obecny stan rzeczy daje nadzieję, że pewne elementy ulegną poprawie.

Mount & Blade II: BannerlordNie chodzi tu tyle o bugi, bo choć zdarzają się wpadki typu zawieszające się zadania czy źle zbalansowane jednostki, to są one na bieżąco łatane. Największą bolączką Bannerlorda jest bowiem fakt, że – mimo poświęcanych długich godzina na rozgrywkę – dość często odnosi się wrażenie braku postępu. Przez pół dnia buduję swoją potęgę, zdobywam kolejne posiadłości albo gromadzę kapitał, aż nagle wszystko staje w miejscu i tak naprawdę nie wiem czemu. Niby nic się w moim stylu gry nie zmieniło, ale z jakiegoś powodu przestałem się liczyć. Próbuję coś z tym zrobić, ale gra niespecjalnie chce mi udzielić informacji zwrotnej, czy działania te mają sens.

Widać też, że twórcy zostawili część rozgrywki w swego rodzaju zawieszeniu, tworząc jedynie podwaliny pod bardziej skomplikowane systemy. Świetnie obrazuje to właśnie polityka, bo owszem, mogę wpływać na decyzje w królestwie czy głosować nad tym, kto otrzyma nowo zdobyte miasto, ale czuć tu pewien niedosyt. Chciałbym knuć, spiskować, zawiązywać sojusze i dopuszczać się zdrady, a niespecjalnie mogę to robić.

Mount & Blade II: BannerlordNa tym etapie wyraźnie widać, że w Mount & Blade II brakuje endgame’u, co teraz nie jest jeszcze wielkim problemem, ale we wcale nie tak odległej przyszłości może skutecznie do Bannerlorda zniechęcić.

Bartosz Stodolny

Platformy: PC
Producent: TaleWorlds Entertainment
Wydawca: TaleWorlds Entertainment
Data premiery: 30.03.2020 [wczesny dostęp]
Wersja PL: nie
Wymagania: Windows 7+, Intel Core i3-8300/AMD Ryzen 3 1200, 6 GB RAM, 2GB VRAM.

Grę do testów dostaliśmy od wydawcy. Screeny w środku recenzji pochodzą od redakcji.

Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
  Subskrybuj  
Powiadom o