W pierwszej kampanii, jaką rozegrałem na małej mapie z czterema przeciwnikami, zwycięstwo przed dominację militarną udało mi się osiągnąć w zaledwie kilka godzin. Zarówno badania naukowe, jak i ideowe podporządkowałem wojsku, a w dzielnicach militarnych moich miast stawiałem kolejne baraki i akademie sztuki wojennej. Grałem Rzymem, więc na podorędziu miałem również unikatowe dla tej frakcji jednostki legionistów, które chociaż pochodziły z epoki starożytnej, to również później dobrze radziły sobie z bardziej nowoczesnym przeciwnikiem.Tamtą partię rozgrywałem na poziomie trudności Księcia (czwarty stopień z ośmiu) i chociaż dobrze nadawał się on do zapoznania ze wszystkimi nowymi systemami gry, to sam w sobie nie stanowił jakiegoś wielkiego wyzwania. Grało mi się po prostu przyjemnie, w oczy kuła jednak bierność AI, praktycznie eliminująca jakąkolwiek dyplomację z gry. Pokój albo wojna – żadnymi innymi opcjami, jak sojusze, handel, czy wymiana wiedzy, moi komputerowi adwersarze nie byli zainteresowani. Wystarczyło jednak, że w kolejnej kampanii wybrałem poziom Króla (piąty), by dodać mojej rozgrywce nieco kolorytu.Zobacz let's play youtubera LookasHowToWipe, jednego z zrzeszonych w PolyTube twórców.Prowadziłem już bardzo bogatą wymianę dyplomatyczną z praktycznie wszystkimi napotkanymi frakcjami. Sojusze z Niemcami i Spartą zapewniły mi względne bezpieczeństwo militarne i pozwoliły skupić na nauce oraz kulturze, w których to dziedzinach ścigałem się z Hiszpanią – bardzo przebiegłą frakcją, która bez przerwy próbowała wykradać moje wynalazki przy użyciu szpiegów. Chiny z kolei, co rusz potępiały moje postępowanie obruszając się, że posiadam za dużą liczbę cudów świata wybudowanych w swoich miastach. Doprowadziło to nawet do wojny, w której przydało się te kilka nowoczesnych oddziałów, które trzymałem w pogotowiu.Co ciekawe, za każdym razem, gdy przemieszczałem moje wojska, rodziło to zdecydowaną reakcję Niemiec, które musiałem uspakajać i zapewniać o trwałości naszego sojuszu. Ten zresztą i tak skończył się fatalnie, kiedy germanie zamiast zwycięstwa przez dominację, w którym brylowali, zaczęli przeganiać moje wysiłki w wysłaniu ludzi w kosmos… Takie przygody i intrygi zawsze były największą zaletą Cywilizacji, nawet jeśli część historii dopowiada nam własna wyobraźnia. W połączeniu z ogromnymi możliwościami rozbudowy, prowadzenia badań, szerzenia religii, czy toczenia wojen, seria ta nieprzerwanie od 25 lat wciąga bez reszty i co turę wylewa na graczy kolejne wiadra miodności. Nie inaczej jest z Civilization VI, w której zakochałem się już po kilku turach i z którą zostanę pewnie bardzo długo.Uważny czytelnik zauważył już pewnie, że nie mam praktycznie żadnych krytycznych uwag względem rozgrywki w Civilization VI. To po prostu perfekcyjna gra strategiczna, której nowe elementy zwiększają grywalność, chociażby poprzez opcjonalne zadania. Nawet po początkowych złych wrażeniach z biernością AI nabrałem przekonania, że na niższych poziomach trudności jest ona wręcz wskazana, by gracze po prostu dobrze się bawili – Ci chcący wyzwania powinni za to podwyższyć trudność i nie będą wtedy zawiedzeni, bo najwyższe poziomy dają mocny wycisk.Jest tylko jeden element Civilization VI, który nie przypadł mi do gustu. Grafika. Jasne, modele miast, jednostki, ich animacje, efekty pogodowe i zniszczenia, jeszcze nigdy w serii nie były tak ładne. W wielu miejscach oprawa graficzna przekracza jednak tą cienką granicę pomiędzy umownością oprawy typową dla Cywilizacji a zwykłą infantylnością – jest za kolorowa, kiczowato, nieco zbyt dziecinnie.