No dobrze, żarty na bok, przecież wszyscy wiedzą, o co chodzi. Mówimy w końcu o Mortal Kombat, serii wyznaczającej standardy absurdalnej przemocy od 1992 roku. Marka doczekała się właśnie odsłony jedenastej. Czy ktoś, kto grał w którąkolwiek z dwóch poprzednich części, zostanie przytłoczony zatrzęsieniem nowości? Nie. Ale po dłuższym graniu będzie pod wrażeniem zgrabnej, nienachalnej ewolucji rozgrywki. Z kolei ci, którzy nie odwiedzili jeszcze serii od czasów reboota z 2011, otrzymają po prostu najbardziej dopracowaną iterację Mortal Kombat.Przed premierą gry najbardziej czekałem na tryb fabularny, co wciąż brzmi dosyć dziwnie w kontekście bijatyki. NetherRealm od czasów "dziewiątki" upiększa jednak ten gatunek, dbając jak nikt o jego narrację. Nie inaczej jest tym razem. Dostajemy sprawnie wyreżyserowaną historię rozpisaną na 5-6 godzin rozgrywki, w której wrażenie robi przede wszystkim rozmach i wysoka jakość wykonania. To naprawdę ogląda się jak dobrze zrealizowane kino klasy B.Osobiście nieco zawiodła mnie jednak sama treść scenariusza. Zaczyna się obiecująco, bo nowy antagonista - władająca czasem Kronika - postanawia przywołać znanych wojowników z przeszłości, by wspólnie z nimi nadpisać historię i usunąć z niej mącącego wszystko Raidena. Jest to, oczywiście, doskonały pretekst do masy odniesień, zabawnych interakcji (dojrzały Johnny Cage karcący swoje dawne, dupkowate ja) i morza nostalgii dla fanów związanych emocjonalnie z całą serią. To właśnie oni znajdą tutaj najwięcej atrakcji. Istnieje nawet szansa, że "fanserwisową" fabułą będą zachwyceni.Jeśli jednak jak ja nie jaracie się aż tak samymi postaciami i ich bagażem doświadczeń, tylko chcecie po prostu przerysowanej jazdy bez trzymanki w przaśnym uniwersum Mortala... możecie być trochę zawiedzeni. W całym swoim szaleństwie i kiczu fabuła Mortal Kombat 11 jest wyjątkowo spokojna. Wszystko przebiega raczej całkiem przewidywalnym, bezpiecznym torem, aż do zakończenia będącego największym pójściem na łatwiznę. Skłamałbym jednak, gdybym powiedział, że nie bawiłem się dobrze. Bawiłem, tylko trochę w międzyczasie ziewałem, czekając na coś, co mnie zachwyci. Bez skutku. No, chyba że liczyć piękną planszę, w której na drugim planie widać potężne zwłoki Goro na tronie.To, co najważniejsze - walka - działa jednak bez zarzutu. NetherRealm odwaliło kawał dobrej roboty, by dostarczyć mechanikę poprawioną względem poprzednich odsłon i idealnie skrojoną zarówno do luźnych meczyków podczas posiadówy ze znajomymi, jak i poważniejszego, taktycznego grania.Wielkie brawa należą się chociażby za rozbudowany, klarowny samouczek podzielony na trzy działy - podstawowy, zaawansowany i traktujący o strategiach. Początkujący dowiedzą się, jak uderzyć pięścią, jak nogą i jak potem połączyć to w combo. Jeśli jednak wejdziemy głębiej, zaczniemy uczyć się o żonglowaniu przeciwnikami, atakach z naskoku, obrażeniach po bloku czy miażdżących ciosach. Potem z kolei przejdziemy nawet do krótkich wykładów na temat liczby klatek potrzebnych na wykonanie poszczególnych ciosów i wynikających z tego zależności.Mało? No to co powiecie na całe działy poświęcone pozycji na planszy czy wykorzystywaniu presji? Albo osobne samouczki przygotowane dla każdej z dwudziestu pięciu postaci? I to nie takie, które po prostu przedstawią listę ruchów, ale też wytłumaczą mocne i słabe strony. Jako człowiek, który w bijatyki zawsze gra raczej casualowo, ot, dla zabawy i ponaparzania losowo w przyciski, byłem zachwycony jak przyjazna jest "jedenastka" i jak przejrzyście tłumaczy zasady, na jakich działa.To z kolei prowadzi do innej refleksji - nowy Mortal oferuje świetny, taktyczny system walki. Z najważniejszych zmian względem poprzednich odsłon mamy choćby pasek energii rozdzielony na dwa osobne - ofensywny i defensywny. Pozwala to wzmacniać wybrane ataki albo wychodzić z kłopotliwej sytuacji za pomocą specjalnego, defensywnego ruchu. Energia nie jest nieskończona i choć odnawia się samoistnie, musimy ostrożnie wybierać sytuacje, w których zdecydujemy się z niej skorzystać.