Generations jest tymczasowym kresem powolnych usprawnień, jakie tasiemiec Capcomu przechodził przez ostatnie lata. Tutejszy system proponuje sporo (małych wyłącznie na papierze) zmian, których po prostu trzeba nauczyć się od początku. „Niestety”? Bynajmniej, jakże było to potrzebne. Zacznijmy od umiejętności, czyli Artów. To proste i efektywne triki otwarte do odpalenia jednym przyciskiem po zapełnieniu odpowiedniego paska. Długi unik, z którego można skorzystać niezależnie od dzierżonego sprzętu. Albo specjalna kombinacja dla często używanej broni. Ja zawsze gram długim mieczem (kataną), więc teraz tylko dzięki trafionym Artom mogę zwiększać duchowy poziom (kolor i siłę) ostrza.Dalej przydałoby się wytłumaczyć Style. Są cztery i na któryś musisz się zdecydować „przed wyruszeniem w drogę”. Guild to dobry wybór dla nielubiących zmian, wszystkie ataki jak dawniej, a dodatkowo dwa miejsca na ulubione Arty. Gra się na dobrą sprawę niemal tak, jak grało do tej pory. Dlatego polecam zaryzykować z jakimś innym stylem. W Twojej drużynie zawsze znajdzie się stara wyga, która nigdy nawet nie liźnie pozostałych opcji. Nie bądź tą wygą. Bądź bardziej progresywny, skoro Generations do tego tak zachęca.Striker pozbawia Cię kilku ciosów, ale w zamian umożliwia wybranie trzech Artów, które ładować się będą szybciej niż zazwyczaj. To dla zwolenników nietypowych zagrywek, na przykład ustawiania „wieżyczek” leczniczych (ciekawy bajer). Adept wymaga perfekcyjnych uników w trakcie walki i udostępnia dewastujące kontrataki. W polowaniach sieciowych oba powinny okazać się przydatne.No i mój faworyt, dzięki któremu jestem najbardziej gibkim członkiem każdej drużyny łowieckiej. Pamiętasz możliwość wskakiwania na potwora w „czwórce”? Inicjowało to krótkie QTE i pozwalało powalić bossa na ziemię, by zasypać później falą tsunami ciosów. To wyobraź sobie, że teraz wybić się w powietrze możesz bezwzględnie od posiadanego oręża.Jako „długomieczownik” rezygnuję przez to z najsilniejszej kombinacji (prawy trigger), lecz mogę hasać niczym górska koza. Zdążyłem już całkowicie wywalić stare przyzwyczajenia przez okno. I dzięki temu, jak sądzę, będę kluczowym ogniwem każdej sesji w Sieci.Wystarczy te nowe sznyty wkleić do tradycyjnego schematu i oto Generations w pigułce. Bo dalej wszystko już przebiega po staremu. Monster Hunter to pułapka na graczy z żyłką do kolekcjonowania sprzętów „na specjalne okazje”, dla chcących być najlepszym na świecie, dla lubiących zerować ogrywane produkcje oraz dla tych, którym termin „loot” kojarzy się z dobrze spędzonym wieczorem przy konsoli. Syndrom „jeszcze jednego razu” zamienia się tutaj w patologiczne choróbsko.A roboty jest od zatrzęsienia. Jeszcze nigdy nie widziałem tylu zadań w tytule z tej serii. Gdy tradycyjnie bawiłem się wyzwaniami niższej rangi (na przykład 3-gwiazdkowymi w trybie jednoosobowym) i w pewnym momencie odblokowałem tychże aż pięć tablic, złapałem się za głowę. „Przecież ja w to będę grać do zimy!” – pożaliłem się znajomemu. Zaczęła się wtedy dyskusja na temat zawartości gry względem wydanych nań pieniędzy. Dyskusja, w której Monster Hunter zawsze wygra.Choć zacząłem Generations trzy tygodnie przed premierą, nie miewałem zbyt wielu problemów, by znaleźć chętnych do grania przez Internet. Dziennikarze i YouTuberzy z całego świata, o zaskakująco niskim – zazwyczaj - poziomie umiejętności tylko czekali. Monster Hunter nigdy nie psuł doznań multiplayerowych problemami z serwerem lub brakiem łącza. Nie przerwało mi żadnego z rozegranych polowań. Po prostu narzekałem na niewprawionych kompanów, którzy padali jak muchy. Z dnia na dzień jest nas coraz więcej, a od środy nareszcie trafiam na polskie akcenty.Czyli stara formuła nadal działa? Owszem, zwłaszcza gdy cała gra jest jedną wielką pieśnią pochwalną jej poszczególnych wcieleń. Na pewno znajdą się potworki, które dobrze wspominasz, a których Generations nie zaproponowało, to normalna kolej rzeczy. No i dalej Capcom kisi to wszystko na najsłabszej technicznie konsolce na rynku, więc może trzymać się niedzisiejszej oprawy graficznej, a problemy z kamerą zrzucać na budowę sprzętu.Ale to będzie ich zmartwieniem przy następnym kanonicznym wcieleniu serii (Monster Hunter Stories nie liczę, to inna bajka). Bo gdy robi się odsłonę podsumowującą, to następna powinna być czymś zupełnie świeżym. Biorąc pod uwagę ciepłe stosunki z Nintendo, celowałbym już w NX-a. Niemniej my tutaj dywagujemy wyłącznie nad tym podsumowaniem, więc na nim się skupmy. Generations jest prawdopodobnie najlepszym, największym, najbardziej rozbudowanym tytułem, jaki został oklejony łatką „Monster Hunter”. Brać, grać, nie świrować.