Monster Hunter 4 Ultimate - recenzja

Monster Hunter 4 Ultimate - recenzja
marcindmjqtx

26.02.2015 14:41, aktual.: 30.12.2015 13:19

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

Zabawna sytuacja. W Europę uderza bomba atomowa, a Europejczycy unoszą ramiona i nadal nie są zdumieni. Przyczyny naszego braku szerszego zainteresowania największą fascynacją Japonii od czasów kieszonkowych potworków nadal skrywa gęsta mgła. Tam Monster Hunter jest surowym bogiem - Capcom na dobrą sprawę decyduje o tym, jaka platforma stanie na szczycie rankingów sprzedaży. Wystarczy, że obdarzy ją kolejnym usprawnieniem swojej serii.

Ominęła nas czwarta numerowana odsłona, ale w przeprosinach otrzymujemy jej ostateczną, wymuskaną wersję, o standardowym dla żółto-niebieskich podtytule „Ultimate”. Zbiegło się to z premierą New 3DSa. Zelda i Monster Hunter na starcie - klasyka/sztuka i uzależnienie. Jedno przeżyć, drugim zachłysnąć się na pół roku. Pytanie tylko, czy zachodni gracz jest jeszcze w stanie pokochać MH, skoro tyle czasu potrafił skutecznie odpierać jego ataki.

Trochę jaśniej Dramatyzuję przecież, bo może. Elektroniczne łowiectwo ma oddaną grupę długonosych fanów. Mocno zamkniętą, ale ma. Problemem było raczej dotarcie do powszechnego odbiorcy. I pod tym względem Monster Hunter 4 Ultimate ma szansę okazać się przełomowe. Dołożono bowiem starań, aby nowy rynek zdobyć bez utraty kultowego statusu. Czyli wyjście z niszy przy jednoczesnym pozostaniu w niszy? Już tłumaczę.

Żółtodziób oddany zostaje pod skrzydła szefa Karawany, gdzie rozpocznie długą, bardzo umiejętnie wyważoną kampanię. Capcom nadal ma pewne braki w tłumaczeniu podstaw. Zasypuje biednego gracza tabelkami suchych informacji, ale w przygodę wprowadza bez pośpiechu, dawkując nowinki, zasady i dziwnostki systemu. Czas wchłonięcia podstaw przekracza współczesną normę, jednak przy odrobinie zaparcia po maksymalnie kilku godzinach można eksterminować bestie z namiastką prawdziwych umiejętności.

Monster Hunter 4 Ultimate

Samodzielne zmagania gracza zamknięto nawet w fabularnych klamrach. To szczątkowa historyjka o łotrzykowskich rysach, niewadząca absurdalnemu charakterowi serii, którą ewentualnie można „przeklikać”. Ale dodaje to humoru (tłumacze wyluzowali zupełnie) całej zabawie. Wraz z kolejnymi wydarzeniami scenariusza przenosimy się bowiem do innych lokacji miejskich (hubów), wspaniałych pod względem graficznym swoją drogą, a grozę przed niektórymi przeciwnikami odczuwamy dużo wcześniej. Zatrzęsiesz portkami, Czytelniku, gdy zmierzysz się w końcu z monstrum, które wcześniej nieomal nie roztrzaskało Twojej fikcyjnej drużyny w drobny mak.

Fart początkującego Ale nie zginiesz tak często, jak robiłbyś to we wcześniejszych odsłonach. Przynajmniej podczas pierwszych trzydziestu godzin przygody. Bossowie nie wykorzystują już bez ustanku najpodlejszych zagrywek, do tego z przyjemnością skupiają się na Twoim futrzanym pomocniku, który będzie towarzyszył Ci w każdym zadaniu, dając okazję do podleczenia zdrowia lub naostrzenia kozackiego miecza.

Nie jest to bynajmniej sielanka i całkowite otwarcie fenomenu Monster Hunter na niedzielnych graczy. Spocone łapska, bijące serce i maksymalna satysfakcja z ukatrupienia potwora po dwudziestu minutach nerwowych zmagań nadal charakteryzują ten tytuł. Ale ze wszystkich dotychczasowych inkarnacji tasiemca Capcomu, ta właśnie przyjmie świeżych, ambitnych graczy najcieplej. Śniadanie do łóżka poda. Jeżeli obawiasz się, że bez znajomości poprzedników nie będziesz ogarniał tematu, uspokój sumienie. „Czwórka” Ultimate jest najlepszym miejscem do rozpoczęcia tej trudnej znajomości.

Monster's Souls

Monster Hunter 4 Ultimate

Teoretyczna beztroska kończy się mniej więcej w punkcie, gdy zaczynasz wymiatać (czyt. wkręciłeś się na poważnie), a ekran konsolki przestaje mieścić spotykane maszkary. Kiedy po raz pierwszy położysz na łopatki majestatycznego Gore Magalę, myśląc, że właśnie zabiłeś ostatniego bossa. To właśnie moment triumfu starych fanów, chichoczących złowieszczo pod nosem, rozumiejących, w jakim kierunku szedłem z tą recenzją. Monster Hunter 4 Ultimate rozpościera swoje ogromne skrzydła dopiero wtedy. Pokazuje, iż gracz łyknął co najwyżej aperitif.

Gdyż zawartości tutaj na - strzelam - przynajmniej sto godzin bezwzględnej szarpaniny o życie. Dziesiątki koszmarnych bossów czekają w zadaniach highrankowych. Do starcia z niektórymi potrzeba przygotowań, ciągłego żyłowania, budowania całej zbroi lub broni na nowo. Niezbędny okazuje się internet i fanowskie encyklopedie, podpowiadające, jakim żywiołem zaskoczyć czekającego behemota czy gdzie łupać niezbędne przedmioty. Taki właśnie urok tej serii - samo zabicie potwora stanowi „zaledwie” koronację Twoich starań. Prawdziwy dowód poświęcenia zostaje na zawsze w inwentarzu.

Monster Hunter 4 Ultimate

Zaskakujące, że piszę to właśnie ja, ale powtarzalność nie męczy. Płynniutki tryb sieciowy umożliwia połączenie się z trzema znajomymi (trudna, ale już realna opcja w Polsce) lub losowymi łowcami o identycznym celu. Choć mało prawdopodobne jest, iż w trakcie walki znajdziesz czas na wyciągnięcie stylusa i komunikację za pomocą dotykowej klawiatury, tak role poszczególnych graczy najczęściej warunkuje wybrana broń - scenariusz wydarzenia rysuje się poniekąd naturalnie. Jest w tym wszystkim pierwotny, barbarzyński klimat i aż nachodzi gracza ochota, by dziko ryknąć nad zwłokami giganta coś o Sparcie.

Czwórka w tytule zobowiązuje? Dla powracających graczy, czy to z PSP, czy Wii U, do miksu dorzucono wystarczająco dużo świeżej zawartości, by mogli raz jeszcze przepaść. Nowe potwory dołączają do klasyków (wachlarz bossów budzi podziw), a bronie wzbogaciły takie wymysły, jak Charge Blade czy Insect Glaive - połączenie walki blisko- i długodystansowej, pozwalające na wybicie się w powietrze według uznania gracza. Skoki lub różnice wertykalne grają w Ultimate zupełnie nową rolę. Każdego brzydala można dosiąść, by po nerwowym QTE otworzyć okno na potężne obrażenia. Pojedynek z przesadzonym gadem warto sprowadzić pod wzniesienie - to zawsze odrobina przewagi. Nowe mapy skonstruowano również w taki sposób, żeby skoki oraz idące z nimi korzyści wypadały jak najczęściej.

Monster Hunter 4 Ultimate

Nowy tryb Expedition, choć kanciasty z początku, szybko dokłada swoje pięć groszy do tematu uzależnień. Nie mamy tutaj wpływu na rodzaje spotykanych potworów, więc nie sposób przeprowadzić perfekcyjnych przygotowań. W losowym worku pojawiają się ponadto przeciwnicy z poprzednich odsłon, których w podstawowych zadaniach już nie uświadczymy. Chcąc zatem wyciągnąć z ekwipunku ostatnie soki (a chcieć trzeba, bo na cud nie ma co liczyć), należy regularnie mieszać kampanię, ekspedycje i online. Takim sposobem godzinne łowy przedłużają się o pół nocy.

Łatwo jednak wytknąć Japończykom odrobinę lenistwa. Nie poradzili sobie z kontrowersyjnymi walkami pod wodą, więc je wycięli. Po prostu. Tworzą nowe mapy, ale jakby zapominali, że czas już powoli kombinować, jak standardowy łańcuszek maleńkich lokacji połączyć w jedną, niepoprzetykaną ekranami ładowania arenę, zachowując przy tym charakter pojedynków. I pierwszą od dwóch lat zachodnią edycję Monster Hunter wydali wyłącznie na konsolę przenośną, bez telewizorowego odpowiednika i cross-platformowego online. Chyba że Capcom chce zarobić jeszcze więcej i z odpowiednim ogłoszeniem czeka, aż MH4 Ultimate znajdzie wystarczająco nabywców. Wtedy wytykamy już absolutną chciwość.

Monster Hunter 4 Ultimate

Odwieczny problem kamery w przenośnych Hunterach pozostał nierozwiązany. Oglądanie się za potworkami przy pomocy ekranu dotykowego, choć bardziej eleganckie niż „kurza łapka”, którą wyginają gracze przyzwyczajeni do krzyżaka, pozostaje trochę nieprecyzyjne. Circle Pad Pro lub New 3DS to najlepsze (nietanie) rozwiązanie. Aby jednak nie straszyć przesadnie - tytuł umożliwia przyklejanie punktu centrowania kamery na bossach. Póki prowadzimy walkę, nawet na starym sprzęcie powinniśmy rzadko wpadać w pułapkę „zginąłem, bo nic nie widziałem”. Drażnić mogą tylko zadania skoncentrowane na zbieractwie. Których nikt nie robi.

Werdykt Trudno ukryć, że powyższy tekst pisałem głównie dla kogoś, kto albo Monster Hunter nie zna, albo kojarzy, ale jeszcze nie doświadczył w pełni. Bo nałogowcy czekali z kupnem 3DSa na ten moment (poważnie, znam takich), im nie trzeba nic proponować, oni już pewnie zdublowali mnie czasowo przed konsolą. A żółto-niebieska seria zasługuje na szerszy krąg odbiorców.

Przede wszystkim za to, jaką ilość zabawy (frustrującej i pełnej obrażonych ambicji, przyznam) dostajesz w pudełku z grą. Jak silnie ten system „nowy boss - nowy miecz” wciąga. Jaki kult towarzyszy całemu doświadczeniu. I jak świetnym się czuje graczem po osiągnięciu punktu, z którego za miesiąc będzie się tylko śmiać. Ale z zastrzeżeniem, że nie jest to schemat dla wszystkich. Polecam najpierw sprawdzić demo. Osobliwa, dzięki temu wyjątkowa pozycja. Do zobaczenia w Sieci. G-Rank grzecznie czeka.

Adam Piechota

  • Platformy: 3DS
  • Producent: Capcom
  • Wydawca: Capcom, Nintendo
  • Dystrybutor: Conquest
  • Data premiery: 13.02.2015
  • PEGI: 12
Źródło artykułu:Polygamia.pl
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (0)