Niestety, trzeba tę pozycję oceniać RÓWNIEŻ przez pryzmat spin-offa. Gdyby nie piąty Metal Gear, nie mogłaby istnieć. Niektórzy zapominają, że jego premiera miałaby szansę również w takiej alternatywnej wersji historii, która nie zakładała kłótni pomiędzy ojcem serii a jej wydawcą. Konami lubiło przecież kombinować z dziwnymi "odszczepami", wspomnijmy chociażby dwie odsłony karciankowego Ac!d - ukazały się bez słowa sprzeciwu Kojimy. Jasne, w obecnej sytuacji Survive pozostawia nieco większy niesmak w ustach. Jednak gdyby oferowało masę rajcującego wybijania kryształowych nieumarlaków, nie wahałbym się napisać, że "idzie to jakoś wybaczyć". Za jednym razem można zebrać trochę kasy na sieciowej wariacji, za drugim - prawdziwie popchnąć markę dalej bez jej dotychczasowego reżysera. Nadal uważam, że to jak najbardziej możliwe. Wystarczy znaleźć autora z głową.Na razie jednak mamy Survive. Siły XOF niszczą bazę, którą z takim uporem budowaliśmy w Peace Walker. Big Boss jest tak zajęty kontrowersyjnym finałem Ground Zeroes, że nie zauważa wielkiego portalu wciągającego pozostałości jego niedawnego domu oraz wszystkich pozostawionych tam żołnierzy. Przez chwilę narracja robi różne interesujące psikusy, na tyle, bym napisał na redakcyjnym Slacku, że jest szansa na dobry scenariusz. Ale potem uderza rzeczywistość. "Inny wymiar" (Dite), będący mglistą wersją mapy "piątki", idiotyczne dialogi, zaledwie garść rzeczywiście animowanych przerywników, kulawe twisty fabularne. Wciągającej opowieści tutaj nie znajdziecie.Survive, jak gdyby na złość swoim wszystkim zapowiedziom, opowieści ma aż nadto. To nie jest "gra sieciowa" według naszej definicji. To gra singlowa, z olbrzymią, pełną przerywników "filmowych" kampanią fabularną, która oferuje wieloosobową odskocznię (połączenie gierek tower defense z trybem hordy, to, co niektórzy mieli okazję sprawdzić w trakcie betatestów - bez rewelacji), ale która wymaga połączenia z siecią. Yhm, jeżeli Wasz kot zaplącze się w kablach i na chwilę wyłączy Wam w domu internet, zostaniecie automatycznie wyrzuceni z dwudziestominutowej misji fabularnej do głównego menu. Mam nadzieję, że zapisaliście już po zebraniu wszystkich niezbędnych materiałów, inaczej cały grind trzeba będzie powtórzyć. Jestem sarkastyczny, bo dokładnie taką "przygodę" miałem podczas przygotowań do dzisiejszej recenzji.Już tytuł sugeruje, że nowe dziełko Konami bazuje nie na jednym przemęczonym trendzie (zombie), ale dwóch. W istocie jest bardziej survivalem niż horrorem akcji, co moglibyście pomyśleć, słysząc o chodzących zwłokach. Tego drugiego tu jak na lekarstwo. Ot, czasem poszwendacie się po opuszczonych budowlach, a w tle mignie gigantyczny stwór przypominający Silent Hilla. Za to Wasz bohater głodny będzie nieustannie. I spragniony. I znowu głodny. Przed każdym dłuższym wypadem z bazy trzeba zrobić solidne zapasy jedzenia oraz picia. A zanim nauczycie się gotować wodę lub rozkazywać swoim podwładnym polowania na zwierzynę, zdążycie tymi błyskawicznie spadającymi wskaźnikami prawdziwie gardzić. "Wygląda na to, że jesteś głodny" - powtarza co piętnaście minut komputer z bazy. Nawet po... dwudziestu godzinach zabawy. A jaki koszmarny ma głos!