Metal Gear Solid: Peace Walker - recenzja

Strona głównaMetal Gear Solid: Peace Walker - recenzja
12.08.2010 07:55
Metal Gear Solid: Peace Walker - recenzja
marcindmjqtx
marcindmjqtx

Oto jest - kolejna gra z serii Metal Gear Solid od Hideo Kojima i jego ekipy Kojima Productions. Peace Walker zbiera na świecie bardzo pozytywne recenzje (w pierwszej piątce gier na PSP według strony Metacritic). Czy zasłużenie? Aby się o tym przekonać, Polygamia zdecydowała się zlecić recenzję osobie, która nie jest wielkim fanem cyklu, w nadziei że spojrzy na grę bardziej obiektywnym okiem. Czytajcie dalej!

Przewodnik po wężach i szefach

Jeśli jesteście nowicjuszami w świecie Metal Gear, to na początku możecie się zgubić wśród różnych Snake'ów i Bossów. Poniżej zatem króciutkie who is who w formie podręcznej ściągawki (siłą rzeczy bardzo uproszczonej - fanów serii proszę o niestrzelanie):

  • Naked Snake - główny bohater MGS3:Snake Eater oraz dwóch odsłon serii na PSP
  • The Boss - mentorka Naked Snake'a, który zabija ją po tym jak przeszła na stronę wroga
  • Big Boss - alternatywny pseudonim Naked Snake'a, wprowadzony chyba tylko po to, żeby bardziej zagmatwać nazewnictwo - pod tym nickiem występuje jako główny przeciwnik w pierwszych dwóch odsłonach Metal Gear i w MGS 4: Guns of the Patriots
  • Solid Snake - od niego wszystko się zaczęło, bohater serii Metal Gear, sklonowany z genów Naked Snake'a
  • Liquid Snake - brat Solid Snake'a, również stworzony na bazie genów Big Bossa, główny szwarccharakter w Metal Gear Solid
  • Solidus Snake - trzeci brat-klon, też niedobry
  • Old Snake - alternatywny nick Solid Snake'a w czwartej części, nadany mu ze względu na wygląd staruszka (ejdżyzm! ejdżyzm!)
  • Snake Plissken - bohater filmu Ucieczka z Nowego Jorku, w grze nie występuje, ale zainspirował Kojimę swoją ksywką

Zakręcone? Cóż, losy bohaterów tej serii są jak brazylijska telenowela (z dodatkowymi giwerami), a Hideo Kojima cierpi chyba na jakąś obsesję na punkcie węży połączoną z zanikiem kreatywności w kwestii wymyślania nazw.

Od razu na początku zirytowała mnie obowiązkowa instalacja danych na karcie pamięci: po wybraniu swojego pseudonimu, długie chwile spędziłem patrząc na pełznący pasek postępu. Czy ktoś tu zapomniał o tym, że PSP to konsola przenośna? Do szybkiej, bezstresowej rozrywki? Halo!? Obgryzając paznokcie doczekałem do końca i... że co? Następna instalacja? Tak, chociaż tym razem nieobowiązkowa (oczywiście o ile nie przeszkadza nam brak czytanych kwestii przy komunikatach radiowych) i dostępna w dwóch wersjach - mała (300Mb) i duża (800Mb). Ponieważ chciałem mieć pełne audio, zgrzytając zębami wybrałem małą instalację. "Please wait 6 to 7 minutes." Czy was tam w tej Japonii pogięło do reszty?

Kiedy już wreszcie zakończy się instalacja, pierwsze wrażenie jest takie, że Peace Walker jest straszliwie przegadany - po krótkim intro, przechodzimy do samouczka z Big Bossem ćwiczącym ze swoimi żołnierzami, a potem mamy kolejnych kilka minut przerywników filmowych. Kiedy w końcu przejdziemy do rozgrywki, ta okazuje się być w zasadzie kolejnym tutorialem: pusty poziom, na którym gracz może postrzelać sobie do kokosów i pozachwycać grafiką, po czym zostaje poczęstowany kolejnym długim filmikiem. Jeżeli nie macie minimum pół godziny na początek, nie siadajcie do Peace Walkera, a o graniu w krótkich porcjach później też w zasadzie można zapomnieć.

Kto, gdzie i po co?

Akcja gry rozgrywa się w 1974 roku, co chronologicznie sytuuje ją po MGS: Portable Ops i MGS3: Naked Snake, a przed pierwszą grą Metal Gear (patrz ramka 1 - kolejność tytułów). Bohaterem jest Big Boss, znany również jako Naked Snake, który po śmierci swojej mentorki, The Boss (jeśli mylą Ci się nazwy postaci, to patrz ramka 2) tworzy bazę dla swojej organizacji najemników Militaires Sans Frontires, jednocześnie wykonując serię misji w Puerto Rico, gdzie mąci CIA. Spiski, zimna wojna, konflikt nuklearny, prototypowe latające roboty, KGB, szpiedzy, i najemnicy - scenariusz Peace Walker jest niezłym koktajlem rozmaitych popkulturowych motywów, ale jednocześnie nie do końca spójnym. Nie mogę za dużo napisać o fabule, aby nie zaspojlerować, jednak z wiarygodnością opowieści nie jest najlepiej, o ile ktoś nie zna uniwersum Metal Gearów i nastawia się na realizm. Może go zdziwić choćby nazwa Militaires Sans Frontires która nawiązuje do realnie istniejącej organizacji Médecins Sans Frontires

(Lekarze Bez Granic) - ale o ile ta prawdziwa ma faktycznie rację bytu (sam osobiście darzę tych ludzi szacunkiem i podziwem), o tyle ta wyimaginowana jest co najmniej dziwaczna. Ponadnarodowa organizacja najemników, w dodatku, jak wynika z jednego z przerywników, walcząca o pokój na świecie? Biorąc pod uwagę poprzednie gry z serii nie jest to nic dziwnego, ale osoba nieobyta MGSami może się zdziwić.

Meritum, czyli jak się w to gra Co do samej rozgrywki, to jest ona całkiem emocjonująca - jak każda dobrze wykonana skradanka. Nie ustrzeżono się jednak pewnych wpadek: wrodzy żołnierze czasem stoją trzy metry od Big Bossa i go nie widzą patrząc w jego kierunku, jeśli w końcu go zauważą i minie wszczęty przez nich alarm, momentalnie o nim zapominają, zaś jeśli założy na siebie kartonowe pudło staje się nieomal niewidzialny. Klimat MGSów został zachowany. Z jednej strony mamy poważną fabułę, z drugiej pojawia się główny bohater pomykający w pudle środkiem wrogiego obozu albo pilnie strzeżona baza najemników z... otwartą bramą. I znowu - fan przyjmie to z radością, osoba nieprzygotowana na takie cuda może zwątpić.

Od momentu przejścia prologu, poza wykonywaniem misji związanych z fabułą, gracza czeka również zarządzanie bazą MSF: mnóstwo misji pobocznych, rekrutacja nowych żołnierzy, badania nad kolejnymi broniami i dodatkami, a także tworzenie własnego mecha. To właśnie bogactwo tych wszystkich elementów jest główną siłą Peace Walkera - jest tu bardzo dużo różnych rzeczy do zrobienia, przez co grą można się bawić jeszcze długo po ukończeniu głównego wątku. Dodatkowo MGS:Peace Walker udostępnia tryb rozgrywki na kilku graczy - od wspólnego przechodzenia normalnych poziomów w trybie co-op we dwójkę, aż do epickich pojedynków z bossami we czterech naraz.

Wykonanie, czyli kwestie techniczne Historia i bohaterowie serii Metal Gear W kolejności  tytuł gry, czas akcji, bohater:

  • Metal Gear Solid 3: Snake Eater - 1964 - Naked Snake (Big Boss)
  • Metal Gear Solid: Portable Ops - 1970 - Naked Snake (Big Boss)
  • Metal Gear Solid: Peace Walker - 1974 - Naked Snake (Big Boss)
  • Metal Gear - 1995 - Solid Snake
  • Metal Gear 2: Solid Snake - 1999 - Solid Snake
  • Metal Gear Solid (The Twin Snakes) - 2005 - Solid Snake
  • Metal Gear Solid 2: Sons of Liberty - 2005 / 2007 - Solid Snake / Raiden
  • Metal Gear Solid 4: Guns of the Patriots - 2014 - Solid Snake

Co do sterowania, MGS: Peace Walker cierpi na syndrom Syphon Filter: mnóstwo możliwych do wykonania akcji trzeba było upchnąć na ograniczonej ilości przycisków, skutkiem czego instrukcja obsługi wygląda jak ta z Flight Simulatora. Najpierw trzeba się nauczyć co robi który przycisk i kombinacja, potem trzeba się przyzwyczaić do obsługi interfejsu, a i tak koniec końców co jakiś czas naciśnie się nie to co trzeba. O tym że kamera jest niewygodna już bym nawet nie wspominał, gdyby nie to że choćby przywołany Syphon Filter jakoś sobie z tą kwestią poradził i to, według mnie, lepiej.

Oddzielną kwestią jest konstrukcja poziomów - są one podzielone na kilka niedużych fragmentów (przypuszczam, że jest to kwestia ograniczonej ilości pamięci PSP), między którymi gra doładowuje kolejne części. W efekcie ciężko było mi się wczuć w klimat, co chwila łamany przejściem do następnej lokacji. Dodatkowo nie ma checkpointów między tymi fragmentami, więc jeśli zginiemy w jakimś dalszym kawałku, to potem rozpoczynamy całość od początku - bywa to dosyć irytujące.

Pod względem grafiki, Peace Walker robi bardzo dobre wrażenie: doskonale animowane postaci, wiarygodne twarze, niezły HDR, efekty pogodowe - całość oprawy wizualnej stoi na wysokim poziomie. Pierwszy samouczek z komandosami ćwiczącymi w deszczu na plaży dobitnie to pokazuje - fale są realistyczne, tekstury wiarygodne, zacinający deszcz tak sugestywny, że aż zimno się człowiekowi robi. Oczywiście cudów nie ma - okupione jest to szesnastobitowym trybem wyświetlania kolorów, podobnie jak w Final Fantasy Dissidia, obu częściach Syphon Filter czy Resistance Retribution. Na pewno kojarzycie też inne tytuły, w których widoczna jest siateczka przeplatanych barw, efekt roztrząsania (ang. dithering), charakterystyczny dla tego trybu.

Udźwiękowieniu MGS: Peace Walker również niewiele można zarzucić - nastrojowa muzyka, duża ilość odgłosów i dobrze podłożone głosy bohaterów.

Werdykt Podsumowując, muszę stwierdzić, że Metal Gear Solid: Peace Walker trochę mnie rozczarował. Nie zrozumcie mnie źle - bez dwóch zdań jest to dobra gra, świetnie wykonana i z mnóstwem ciekawych rzeczy do zrobienia i dodatkowym trybem kooperacji, ale też bardzo przegadana, z nieprawdopodobnym scenariuszem i skomplikowanym sterowaniem. Nie będąc fanem serii, do grania w Peace Walkera musiałem się trochę przymuszać i nie planuję do tego tytułu wracać. Z kolei dla zagorzałych fanów MGS fabuła zapewne będzie plusem, mnie jednak niespecjalnie wciągnęła. Jeśli dołożyć do tego z trzaskiem pękający kołek do zawieszania niewiary (okazjonalnie ślepnący przeciwnicy, nielogiczności opowieści), jak również widoczne ograniczenia platformy sprzętowej, to w rezultacie otrzymujemy produkt bardzo dobrze wykonany, lecz niepozbawiony jednak wad. Wystawiona ocena zakłada, że kupując grę wiecie na co się porywacie. Osoby nie związane emocjonalnie z cyklem powinny opuścić ocenę do 4-, jak również sprawdzić demo przed zakupem. Seria MGS potrafi budzić różne emocje. Zanim wydacie pieniądze warto więc sprawdzić, czy to tytuł dla was.

Bartłomiej "Barts" Nagórski

Metal Gear Solid Peace Walker (PSP)

  • Gatunek: akcja
  • Kategoria wiekowa: od 18 lat
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (0)