Nie przypominam sobie bym dotąd miał okazję grać w grę opowiadającą o aktualnie toczącym się konflikcie zbrojnym. Teraz pojawia się taka szansa za sprawą Medal of Honor, który próbuje pokazać nam wojnę w Afganistanie z perspektywy amerykańskich oddziałów. Temat jest kontrowersyjny, o czym przekonał się wydawca - zmienił on w trybie multiplayer nazwę jednej ze stron z talibów na siły przeciwne, a i tak spotyka się z krytyką. Trudno się zresztą temu dziwić, gdy wciąż giną tam żołnierze, także polscy.

bETCjYth

Skupienie się na współczesnej wojnie to nowość dla długiej serii, która dotąd zawzięcie katowała różne kampanie II wojny światowej. Ta w popkulturze jest niemal bezpieczna - nie budzi wielkich kontrowersji, wiadomo, kto był zły a kto dobry, a rany po konflikcie mniej lub bardziej się zabliźniły (oczywiście ogromnie upraszczając). Tyle tylko, że gracze mieli już dość zdobywania Francji czy kampanii na Sycylii, co doprowadziło do wysypu gier skupiających się na wyimaginowanych współczesnych konfliktach. Medal of Honor poszedł podobną, lecz nieco inną, trudniejszą ścieżką, biorąc się za bary nie tylko z konfliktem prawdziwym, ale wciąż trwającym.

Good morning Afganistan Trzeba przyznać, że pierwsze wrażenie z obcowania z grą jest niezwykle pozytywne i bardzo sugestywne. Na początku gry znajdujemy się w terenowym pickupie, a nasi koledzy z oddziału w niczym nie przypominają Amerykanów. To specjalna grupa, która wybiera się w celu infiltracji do miasta zajętego przez talibów, gdzie co prawda nie spodziewa się wielkich kłopotów, ale graczowi szybko udziela się nastrój zagrożenia i zaczyna mieć oczy dookoła głowy. Wrażenie robią szczegóły: rozmowy z tubylcami w niezrozumiałym dla nas języku, długie brody żołnierzy i scenografia wyglądająca na autentyczną. Niestety czar pryska wraz z końcem scen przerywnikowych, gdy do naszych rąk oddawany jest karabin. Szybko zdajemy sobie sprawę, że przeciwnicy sterowani przez konsolę wykazują się wyjątkową głupotą. Co gorsza, strzelanie nie daje wielkiej satysfakcji, gdyż sprawia wrażenie sztucznego. Zwłaszcza jeśli tak jak ja, dużo graliście w Bad Company 2, gdzie po pierwsze broń ma odpowiedni odrzut przy wystrzale, a po drugie silnik gry bierze pod uwagę grawitację i odległość od celu, co znaczy, że pocisk w locie opada. Tutaj tego wszystkiego nie znajdziemy, a to sprawia, że rozgrywka staje się najwyżej przeciętna i niespecjalnie różni się od starszych odsłon serii, co w dzisiejszych czasach naprawdę trąci myszką. Chociaż jedną różnicę widzę, kiedyś nie było tyle skryptowanych akcji. Nie mam nic przeciwko nim, ale tu są słabo wykonane, często musimy stanąć w konkretnym miejscu by akcja ruszyła się dalej, a gracz aż za bardzo odczuwa, że taki mechanizm funkcjonuje. Wszystkie te zarzuty nie sprawiają, że jest jakoś tragicznie, jest po prostu nijako, a spodziewaliśmy się przecież tytułu z najwyższej półki.

Najmocniejszą stroną Medal of Honor jest sposób narracji. Opowiadana historia w żaden sposób nie jest wybitna, ba nawet nie potrafi specjalnie wciągnąć, ale twórcy mieli świetny pomysł na jej przedstawienie, który do tego udało im się całkiem sprawnie zrealizować. Gracz bierze udział w operacjach trzech oddziałów a w jednej misji zasiądzie także za działem Apache'a. Działania wszystkich tych grup przenikają się i mają na siebie wpływ, niekiedy nawet ich misje łączą się. Dzięki temu zabiegowi gra jest dość różnorodna - mamy otwarty szturm na bazę wojskową talibów, mamy też ciche misje polegające na przekradaniu się przez tyły wroga i zdobywanie informacji wywiadowczych. Gra stara się w miarę wiernie oddawać realia, dlatego też amerykańscy wojacy mają ze sobą i dowództwem stały kontakt radiowy, mogą prosić o wsparcie lotnictwa czy zaskoczyć talibów nocnym atakiem z użyciem noktowizorów. Wrażenie robi język jakim posługują się żołnierze, pełen skrótów, czasem ciężkich do zrozumienia. Niestety nadal bawimy się w Rambo zabijając dziesiątki przeciwników w czasie zaledwie jednej misji, więc nie ma mowy o jakimś realistycznym przedstawieniu konfliktu. Całość jest niezwykle krótka, grę spokojnie można ukończyć w 5-6 godzin grając normalnym tempem, nie śpiesząc się za nadto, wysłuchując dialogów itd. Ten fakt sprawia, że rekomendowałbym raczej wypożyczenie gry na weekend niż kupno, niestety u nas wypożyczalnie gier to ogromna rzadkość. Co prawda po zakończeniu gry możemy pobawić się jeszcze w tryb Tier 1 czyli przechodzić misje jeszcze raz, na najwyższych ustawieniach trudności i na czas ale mnie zwiedzanie po raz drugi tych samych lokacji jakoś nie bawi.

bETCjYtj

Strasznie słaba jest niestety techniczna strona kampanii przygotowanej przez studio Danger Close. Gra ma notoryczne problemy z paskudnymi wręcz teksturami (co widać zwłaszcza w misji snajperskiej), wrażenia nie robi również otoczenie, które wykonane jest ze zbyt dużą prostotą. O tym, że Afganistan można przedstawić ładniej przekonuje tryb multiplayer przygotowany przez DICE na silniku Frosbite znanym choćby z Bad Company 2. Owszem, mapy tam są znacznie mniejsze, ale wspomniana przed chwilą gra pokazuje, że silnik ten równie dobrze radzi sobie z większymi obszarami. Wobec niezbyt urokliwej oprawy graficznej dziwią spadki animacji, w misji, w której latamy śmigłowcem można momentami niemal policzyć jej poszczególne klatki. Na drugim biegunie stoi natomiast udźwiękowienie gry, które jest doskonałe. Zarówno odgłosy wystrzałów z poszczególnych rodzajów broni, nawoływania się talibów, dialogi i doskonale dobrana oprawa muzyczna sugestywnie podkreślająca klimat surowego, górzystego kraju, zasługują na uznanie.

Płonne nadzieje Bardzo krótka kampania to nie nowość w dzisiejszych FPS-ach, aczkolwiek nie jest to coś, z czym gracze łatwo się godzą. Zwykle należy im to wynagrodzić dobrym trybem sieciowym. Tak właśnie miało być w Medal of Honor, bo za ten tryb zabrali się autorzy kultowej serii Battlefield. Fani Bad Company 2 liczący po prostu na nowe mapy i otoczenie srogo się jednak rozczarują. Przygotowany przez DICE tryb sieciowy ma co prawda sporo elementów wspólnych z wspomnianą grą - podobna jest oprawa graficzna, podobne są też niektóre tryby oparte o założenia nieco przypominające tryb gorączki, ale na tym podobieństwa się kończą. Tutaj znacznie łatwiej zginąć i odbywa się to błyskawicznie. Ma to w sobie więcej realizmu niż przyjmowanie na klatę połowy magazynka w Bad Company 2 ale zupełnie psuje zabawę. W praktyce wszystko sprowadza się bowiem do tego, że kto pierwszy dostrzeże przeciwnika ten zwycięży pojedynek. Wszystko odbywa się na bardzo małych mapach, a jeśli dodamy do tego fakt, że zwykłym karabinem szturmowym możemy ściągnąć przeciwnika niemal z drugiego końca planszy robi się mało zabawnie. Co gorsza w grze nie uświadczymy kamery pokazującej, kto posłał nam kulkę więc łatwo dochodzi do sytuacji, w której ktoś zakrada się na tyły punktu odrodzenia przeciwnej drużyny i bezkarnie zbiera tam punkty. Gra jest tak skonstruowana, że wręcz promuje tzw. "camperów". Nie dość, że mapy są niewielkie przez co wiele gier jest mocno powtarzalnych, to jeszcze jest ich mało i nie ma na nich zbyt wiele elementów urozmaicających rozgrywkę (do tego jedynie trzy klasy żołnierzy). Wszystko to sprawia, że wolę dalej męczyć zgranego jak stara płyta BF:BC2, który daje mnóstwo możliwości, niż biegać z karabinem w Medal of Honor.

Werdykt EA chciało mieć mocny tytuł o współczesnym konflikcie zbrojnym i moim zdaniem już taki ma - grę DICE. To co zrobiło studio Danger  Close z pewnością jest ciekawe, ale po pierwsze strasznie krótkie, po drugie niedopracowane, a sytuacji nie ratuje kiepski tryb sieciowy. Grając w Medal of Honor nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że to gra niemal przeterminowana o kilka lat w sensie technicznym. Bo biorąc się za bary z konfliktem w Afganistanie wytycza akurat nowe szlaki, a misje oddziałów specjalnych w szarych górach Afganistanu zapadają w pamięć. Niestety poza klimatem nie ma tu nic porywającego.

Marcin Lewandowski

bETCjYtp

Medal of Honor

  • Gatunek: strzelanina
  • Kategoria wiekowa: od 18 lat
Komentarze (0)
bETCjYuf