Good morning Afganistan Trzeba przyznać, że pierwsze wrażenie z obcowania z grą jest niezwykle pozytywne i bardzo sugestywne. Na początku gry znajdujemy się w terenowym pickupie, a nasi koledzy z oddziału w niczym nie przypominają Amerykanów. To specjalna grupa, która wybiera się w celu infiltracji do miasta zajętego przez talibów, gdzie co prawda nie spodziewa się wielkich kłopotów, ale graczowi szybko udziela się nastrój zagrożenia i zaczyna mieć oczy dookoła głowy. Wrażenie robią szczegóły: rozmowy z tubylcami w niezrozumiałym dla nas języku, długie brody żołnierzy i scenografia wyglądająca na autentyczną. Niestety czar pryska wraz z końcem scen przerywnikowych, gdy do naszych rąk oddawany jest karabin. Szybko zdajemy sobie sprawę, że przeciwnicy sterowani przez konsolę wykazują się wyjątkową głupotą. Co gorsza, strzelanie nie daje wielkiej satysfakcji, gdyż sprawia wrażenie sztucznego. Zwłaszcza jeśli tak jak ja, dużo graliście w Bad Company 2, gdzie po pierwsze broń ma odpowiedni odrzut przy wystrzale, a po drugie silnik gry bierze pod uwagę grawitację i odległość od celu, co znaczy, że pocisk w locie opada. Tutaj tego wszystkiego nie znajdziemy, a to sprawia, że rozgrywka staje się najwyżej przeciętna i niespecjalnie różni się od starszych odsłon serii, co w dzisiejszych czasach naprawdę trąci myszką. Chociaż jedną różnicę widzę, kiedyś nie było tyle skryptowanych akcji. Nie mam nic przeciwko nim, ale tu są słabo wykonane, często musimy stanąć w konkretnym miejscu by akcja ruszyła się dalej, a gracz aż za bardzo odczuwa, że taki mechanizm funkcjonuje. Wszystkie te zarzuty nie sprawiają, że jest jakoś tragicznie, jest po prostu nijako, a spodziewaliśmy się przecież tytułu z najwyższej półki.