Pal licho, kiedy tym nadętym tytułem nieustannie zwracają się obcy ludzie, ale gdy członkowie naszej załogi, nasza rodzina, z którą zmywamy na pokładzie te same naczynia, w zwykłej rozmowie zwraca się do nas "Pionierze", to już się robi trochę kuriozalnie i mdło. Nazywam się też Ryder, do diaska, więc to nawet nie jest kwestia nagrywania dubbingu i konieczności zwracania się jakoś do gracza, który wybiera dowolne imię dla postaci. Komuś może wydawać się, że to zwykłe czepialstwo, ale opisana usterka jest po prostu przykładem większego problemu Andromedy, jakim potrafią być źle napisane dialogi.Nie wszystkie oczywiście. Wiele jest po prostu "okej", a kilka wybija się ponad przeciętność i wywoła uśmiech albo nawet zadumę. Musicie bowiem pamiętać, że mamy do czynienia przede wszystkim z grą zadziwiająco nierówną. Tutaj każdemu minusowi da się dokleić plus, i na odwrót. Być może nowy Mass Effect, lepiej niż jakikolwiek inny tytuł, pokazuje, że gry AAA to twór zespołowy, efekt pracy bardzo dużej liczby osób. Bo nie chce mi się wierzyć, że ten sam pisarz, który wymyślił świetne rozmowy z Drackiem, zajmował się na przykład żenującą misją lojalnościową Jaala.No właśnie - to dobry moment, by zatrzymać się przy naszych towarzyszach. Dla wielu jest to najważniejszy element serii. Dla mnie też. W grze skorzystamy zatem z pomocy sześciu postaci; jasne, niby dochodzi jeszcze personel statku w rodzaju inżyniera Gila czy lekarki Lexi, ale wiadomo, że to nie to samo. Choć trzeba przyznać, że w spokojniejszych momentach BioWare stara się poświęcić tym osobom niemal tyle samo miejsca, co regularnym towarzyszom broni.Załoga wypada, a jakże, nierówno. Drack, tysiącletni kroganin, wyróżnia się nie tylko gabarytami, ale i zróżnicowaną, sprawnie sportretowaną osobowością. Jaal, przedstawiciel nowej rasy, stanowi uroczą mieszankę dostojności i rozbrajającej otwartości. Z drugiej strony sztuczna inteligencja SAM to zaledwie namiastka EDI; jego głównym atutem jest to, że brzmi, jakby Jarvis od Iron-Mana stracił posadę i z braku perspektyw zaciągnął się do Inicjatywy. Dosyć nijako i jednowymiarowo ostatecznie wypada też choćby asari Peebee, która po piętnastu minutach przestaje już czymkolwiek zaskakiwać.Kogo byśmy jednak ze sobą nie wzięli, pogaduchy toczące się między towarzyszami w trakcie eksploracji jak zwykle wypadają wzorowo. Znowu mam wrażenie, że te krótkie, niekiedy błyskotliwe wymiany zdań pisał ktoś inny niż znaczną część ważniejszych dialogów. Cieszy też, że BioWare faktycznie postawiło na dużą liczbę scenek obyczajowych. Picie piwa na starej kanapie, wspólne podziwianie krajobrazów po wspinaczce czy wypad do muzeum to miłe, ciepłe i przede wszystkim istotne dla budowania więzi przerywniki od całego strzelania złych i odkrywania tajemnic galaktyki.Lekkim zawodem są niestety misje lojalnościowe, które powracają z czasów dwójki. Rozbudowane, osobiste zadania wykonywane dla naszych towarzyszy wypadają dosyć przeciętnie i zdają się działać według tego samego schematu. Na dodatek aby je rozpocząć, pierw musimy wykonać serię znacznie nudniejszych, malutkich zadanek sprowadzających się zbyt często do zabicia kilku delikwentów i przeprowadzenia ziewopędnego dialogu.