Główny problem polega na konflikcie interesów ras, o których poparcie zabiegamy. W tym celu zestawiono je w pary, w których jedna strona deklaruje wsparcie kosztem poświęcenia drugiej. Brzmi to bardzo poważnie i potencjalnie mogło prowadzić do dramatycznych sytuacji, w których Komandor skazywałby na zagładę całe rasy. Jestem jednak odrobinę zawiedziony faktem, że godzenie stron przebiega w iście disneyowskim stylu. Większość trudnych wyborów można rozwiązać, odwołując się do wyższych idei i koncepcji obrony wspólnych interesów. Nie twierdzę, że to złe rozwiązanie. Gdzieś tam w głębi duszy cieszę się, że wszystko się udaje, ale brakowało mi sytuacji, w których musiałem zatrzymać grę, odłożyć kontroler i odejść od konsoli tylko po to, żeby zastanowić się nad wyborem, którego muszę dokonać. Takie sytuacje nie istnieją w ME3, a wszystkie decyzje podejmuje się w mgnieniu oka, wybierając wcześniej obraną ścieżkę moralną. Co za różnica, czy zdecydujemy się na wsparcie rasy X czy Y, skoro obie oferują taki sam wkład? Podstawą do podjęcia tej decyzji są jedynie preferencje dotyczące wyglądu lub innych mało istotnych czynników: „wybieram Salarian, bo śmiesznie mówią”. Gdyby to było jedyne wyjście, to byłoby ono do przyjęcia, bo gracz musiałby „żyć” ze świadomością poświęcenia tej rasy. Niestety, ten kac moralny nie trwa długo, bo albo udaje się złotoustemu Shepardowi pogodzić obie strony, albo, o zgrozo!, chwilę po zakończeniu nieudanych negocjacji przedstawiciel odrzuconej rasy „dzwoni” do Sheparda, żeby zapewnić o poparciu mimo niespełnienia jego żądań. Prawdą jest, że grałem, starając się doprowadzić do jak najlepszego końca, więc musiałem kroczyć drogą rozjemcy, ale odnoszę wrażenie, że przy okazji drugiego przejścia gry - już jako renegat - moje próby rozbicia koalicji spełzną na niczym.