W Infinite gra się przyjemnie. Co więcej, gra się w niego przyjemnie nawet wtedy, gdy przegrywa się w potyczkach online (to taka ostateczna próba). Ale za ten stan rzeczy odpowiadają przede wszystkim wprowadzone do systemu gry zmiany... czy też raczej zrezygnowanie z szeregu modyfikacji dokonanych od czasu pierwszej odsłony Marvel vs. Capcom. Przede wszystkim, w Infinite kontrolujemy dwie, zamiast trzech postaci. Zniknęła też możliwość wyprowadzenia „asysty” przez postać znajdującą się poza ekranem. Powróciły za to Kamienie Nieskończoności, czyli sześć specjalnych zdolności (pełniących też funkcję „supera”), które pozwalają nam na lepsze kontrolowanie tego, co dzieje się na ekranie. No i najważniejsze – znacznie ograniczono ilość obrażeń jakie zadają combosy, dzięki czemu nie da się już zabić przeciwnika jedną, powtarzaną w kółko kombinacją ataków – ma to duże znaczenie, bo łączenie ciosów nigdy nie było w MvC nazbyt skomplikowane.Te cztery zmiany spowodują, że gra staje się znacznie mniej chaotyczna. Teraz całość polega bardziej na taktycznym podejściu do wykorzystania umiejętności poszczególnych postaci i przeplatania ich poprzez używanie wybranego przez nas kamienia. W końcu MvC nie opiera się już na zasadzie „jeśli pierwszy trafisz, to wygrałeś”.Ciężko to powiedzieć delikatnie, więc będzie bez owijania w bawełnę – Marvel vs. Capcom Infinite jest strasznie brzydkie. Nie tak po prostu brzydkie, ale szpetne do tego stopnia, że psuje to frajdę płynącą z innych aspektów gry. Jasne, doskonale wiem, że w bijatykach po jakimś czasie przestaje się widzieć same postaci i dostrzega się tylko ich ruchy, ale dojście do tego momentu będzie ciężkie. Autentycznie ściska mnie w dołku za każdym razem, gdy patrzę na Kapitan Marvel, która wygląda jak ofiara choroby popromiennej w dość kiepskiej peruce, czy na Kapitana Amerykę, który jest ruchomym obrazkiem Roba Liefelda. Nie rozumiem jak Capcom mógł tak pokpić ten aspekt gry. Tym bardziej, że ludzie narzekali na grafikę już od pierwszej zapowiedzi gry. Skubańcy nawet zmienili wygląd Chun-Li, ale resztę zawodników nadal składała chyba najtańsza w Chinach firma od modeli. Szkoda, naprawdę szkoda.