Ot, na przykład odwracają się klasyczne role - to księżniczka uratuje Mario i w ogóle będzie trzykrotnie bardziej zadziorna w trakcie walki. Każdego bohatera wyśmieje jego "kórlicza" wersja (choć Kórlik Luigi jest już przesadnym fajtłapą), podobna zasada dotyczy także bossów, których spora większość stanowi nowe wcielenie tradycyjnych adwersarzy Wąsatego. Pstryczek w nos Wario wypada elegancko, ale poczekajcie, aż usłyszycie pełną "aranżację" potyczki z operowym duchem, na którym (słusznie) oparto najlepszy zwiastun gry. Widać, że Ubisoft chciał mieć swojego Great Mighty Poo z Conkera. Odkładając jednak nerdowskie szczegóły na bok - początkowe wrażenie szybko się ulatnia. Kórliki tutaj po prostu (jakoś) działają. Punkt dla Ubi.Należy to podkreślać często i wyraźnie - Kingdom Battle nie jest platformerem ani (jak sugerują gnaty w dłoniach bohaterów na okładce) strzelanką. To strategia taktyczna, czerpiąca pełnymi garściami z twórczości Juliana Gollopa, odnowionych X-COM-ów czy w niewielkim stopniu z japońskich klasyków gatunku. Zdjęcia mówią same za siebie. Wszelka eksploracja, której nie brakuje pomiędzy kolejnymi walkami, ograniczona jest do biegania po wykręconych przez kórlicze szaleństwo krainach i rozwiązywania prostych zagadek logicznych. Ba, hydraulik poza walkami nie potrafi nawet skakać. Zanim zatem popełnicie błąd, uznając, że "Mario jak każde inne Mario", wiedzcie, że to pierwsza styczność pupilka wielkiego N z tym skomplikowanym gatunkiem. Która może okazać się zupełnie niezjadliwa dla zwolenników frywolnego hasania.Choć na polu bitwy nie brakuje humoru, cały system szybko pokaże Wam pazury. Każda postać - do wyboru kultowa elita (plus niespodziewanie bojownicza Peach) i jej futrzane karykatury - operuje zestawem unikalnych umiejętności, których nie "można", tylko zwyczajnie trzeba rozsądnie używać, by posunąć historię do przodu. Luigi to urodzony snajper, więc powinien trzymać się z tyłu, by spokojnie ostrzeliwać wrogów (najlepiej z jakiegoś podwyższenia). Kórlicza księżniczka śmiga dookoła, lecząc resztę drużyny. Mario jest najbardziej mobilny, może zatem dobijać bezpiecznym wślizgiem. Takie rzeczy.Gdy mamy to mniej więcej w małym palcu, przychodzi czas na odpowiednie wykorzystanie samego terenu. Wszystkie areny oferują nie- lub zniszczalne osłony, za którymi musimy chować bohaterów, jeżeli w turze przeciwników nie chcemy zapukać do bram grzybowego nieba. Najpierw strzał zza winkla, potem krótki sprint, umożliwiający podcięcie nogą dwóch przeciwników i ponowny przykuc za dającym 50% tarczy murkiem? A może wykorzystanie okolicznych rur, by zajść wrzeszczące Kórliki od tyłu? Albo wybicie się od któregoś kompana na drugą stronę przepaści, skąd ma się całą arenę na oku? Na początku jeszcze się o tym za wiele nie myśli. Nie trzeba. Tylko Kingdom Battle bardzo szybko zmienia swoje oblicze, już w drugim rozdziale (z czterech) zaczynając walki, które może zakończyć kilka nieprzemyślanych ruchów. I nie ma przebacz, zaczynamy od początku.