Napisałem już, że przeciwników będzie kilku. "Luke Cage" omija etap tradycyjnej inicjacji, do jakiej przyzwyczaił nas Netflix, więc nie będzie też struktury rodem z gry wideo ("główny boss na końcu"). Sezon ten sprawia wrażenie, jak gdyby ściśnięto w nim dwa scenariusze. Nie zdziwcie się, gdy kluczowe wydawałoby się postaci znikną nagle na półmetku całej historii. Cage'a ścigać będzie aż czworo odmiennych rzezimieszków. Nieszczęśliwie - najsłabiej umotywowany z nich jest ten teoretycznie najważniejszy, z którym odbędzie się finałowy pojedynek. Głównie przez to, iż za długo trzymany jest za kotarą tajemnicy (dlatego nie zdradzę jego tożsamości). Ale reszta wypada fantastycznie, potwierdzając teorię "serial superbohaterski jest tak dobry, jak jego antagoniści". Błyszczy szczególnie Shades, grany z iskrą przez Theo Rossiego ("Synowie Anarchii"). Zapuszczanie się dalej byłoby dla Was krzywdzące. Wszyscy źli mają swoją rolę, nikt nie pojawia się z przypadku - na tym poprzestańmy.W tak fantastycznie wymalowany świat wrzuca się tutaj Luke'a Cage'a. Stosującego tani podryw, nielubiącego być w centrum uwagi, nielubiącego używać swych mocy. Zamiata włosy u Popa, pilnuje własnego nosa, to mu chwilowo styka. "Nie prosiłem o to" - powtarza Adama Jensena. Wiadomo, że gdy mafia zniszczy jego azyl, chce czy nie chce, prosił czy nie, zabierze się za zrobienie porządku w Harlemie. Szybko zrozumie, że gangesterską częścią dzielnicy (czyli no, prawie całą dzielnicą) kieruje lokalny gangster Cottonmouth (Mahershala Ali nie ukrywa, że szedł w impresję "Ojca Chrzestnego"), karmiący brudnymi banknotami kampanię polityczną swojej kuzynki, Mariah'i Dillard (idealnie "suczowata" Alfre Woodard). Pociski go co najwyżej łaskoczą, więc swoją sugestię w sprawie nielegalnych interesów przedstawi wprost, z gracją czołgu wjeżdżającego na posterunek policji.Luke Cage Mike'a Coltera to typowy gigant o dobrym serduszku. Pomoże wszystkim w potrzebie, stłucze też każdego, o ile będzie musiał. Jeśli chodzi o momenty, w których przeciwnicy na chwilę oddają światło reflektorów postaci tytułowej, brakuje mi większej ilości akcji. Choć jednej sekwencji z maestrią master shotów "Daredevila" na przykład (walka na klatce schodowej z ostatniego sezonu). Zwłaszcza że niezniszczalność dawała pole do kreatywnego popisu. Jest jeden atak na kryjówkę mafii, ale poza tym pokaz potęgi Cage'a ogranicza się do karykaturalnego wyginania broni palnej, często w biegu. Być może przy powadze całej intrygi czy liczbie brutalnych mordów aktor chciał zachować ducha materiału źródłowego, dodać całości odrobiny luzu? Na pewno wielu to będzie pasowało, ja trochę narzekam.