Trwa wojna, przygotujcie się zatem na dużo akcji. Dopiero teraz, patrząc na przebieg tej ponad dwugodzinnej przygody, uświadamiam sobie, jak mało w "Łotrze 1" momentów spokoju, chwil na odsapnięcie, obmycie brudnej od błota twarzy i porozmawianie ze swoimi kompanami. Strzelanina goni strzelaninę, a szaleńczy pęd zabiera nas na kilka nowych planet, które przyjemnie połaskoczą każdego nerda uniwersum. Wszystkie potyczki zrealizowano z odpowiednią dynamiką i wdziękiem, nie martwcie się więc o nudę, szczególnie że stawka tych bojów zawsze wzbudza emocje - nawet kiedy nie chodzi bezpośrednio o Gwiazdę Śmierci.Wojna potrafi być też upiornie piękna. Kilka scen swoją pomysłowością czy rozmachem zapiera dech w piersi; role główne grają w nich gwiezdne niszczyciele, kostury, maszyny kroczące AT-AT, fale uderzeniowe, ciężkie karabiny oraz wybuchające w burzy naloty X-Wingów. Efekty specjalne są doskonałe i - podobnie jak w "Przebudzeniu Mocy" - często opierają się na praktycznych rozwiązaniach, a nie komputerach.Ofiarą tempa akcji padają sami bohaterowie. Osobliwa hałastra Łotra 1 składa się z ciekawych, charyzmatycznych postaci, które nie mają wystarczająco dużo czasu, by popisać się swoją charyzmą. Nie opowiadają o sobie i nie rozmawiają ze sobą, bo zazwyczaj zajęci są strzelaniem, uciekaniem czy ratowaniem sobie tyłków. Zabrakło mi między nimi większej interakcji. A szkoda, bo ich wyjściowe portrety, a może raczej szkice, prezentują się intrygująco.Wystarczająco dużo czasu antenowego dostaje chyba tylko główna bohaterka Jyn, żołnierz Rebelii Cassian i obowiązkowy dla "Gwiezdnych wojen" droid kradnący show - tym razem wygadany K-2SO, który przypomina ugrzecznioną wersję HK-47 z Knights of the Old Republic. Resztę zbyt szybko pochłania wojenna zawierucha. Mads Mikkelsen jako ojciec Jyn i główny architekt Gwiazdy Śmierci wypada jak Mads Mikkelsen - to solidna, standardowa dla aktora rola, która w jednym, małym aspekcie okazuje się przewrotna.W filmie są też bohaterowie, których z założenia miało być mało - na przykład Darth Vader. Obecność jednej z najbardziej kultowych postaci w historii popkultury jest satysfakcjonująca, logiczna i dopasowana. Nie czuć tutaj natrętnego nadużywania ikony. Vadera faktycznie jest niewiele, ale kiedy się pojawia, przynosi ze sobą ciarki na plecach. Usłyszeć po tylu latach głos Jamesa Earla Jonesa wzmocniony kinowymi głośnikami to jednak nie lada atrakcja. A na zapakowanym w zbroję Sithu seria większych i mniejszych nawiązań do Starej Trylogii oczywiście się nie kończy. Bądźcie gotowi na sporo nostalgicznych uśmiechów.