Czasem przesadne odnoszenie się do filmografii danego twórcy bywa krzywdzące dla omawianego dzieła, jednak tutaj zobowiązany jestem przywołać "Labirynt Fauna", bowiem reżyserowi udało się odnaleźć tamtą wrażliwość, przemodelować ją na potrzeby baśniowej odmiany science-fiction, przelać na anglojęzyczną obsadę. Oba filmy łączy zresztą o wiele więcej, nawet jeśli Micheal Shannon nie ma w sobie połowy demoniczności Kapitana Vidala. "Kształt wody" nie napędzi Wam jednak żadnego stracha, to przecież fundamentalnie romans. Ostrzegam zatem wielbicieli "horrorowego" oblicza del Toro - nie znajdziecie w kinie ujścia dla żalu po Silent Hills. Meksykanin mruga często do wielbicieli filmów grozy lat pięćdziesiątych, jednak swoją bestią spróbuje Was raczej rozczulić niż przerazić.Hamulce tutaj nie istnieją. Bo teoretycznie snujemy baśń, ale nie boimy się regularnej masturbacji, wulgarności, nagich piersi, seksu albo naturalistycznych scen body horroru. Tylko po to, by potem skontrować je pięknymi ujęciami rodem ze złotych lat Disneya. W "Kształcie wody" najważniejsza jest wspomniana już naiwność. Bez niej scena, w której bohaterka zatyka wyrwę pod drzwiami dwoma ręcznikami, a potem wypełnia łazienkę po sufit wodą, może Was co najwyżej zirytować. A przecież jest tak piękna, jak następująca po niej reakcja Richarda Jenkinsa.Aplauz należy się Sally Hawkins, której Eliza przeżyje całą podróż od idealizmu, przez rzeczywistość, po finał rodem z czytanki na dobranoc, z zakneblowanymi ustami, wylewając na widza morze emocji samą gestykulacją. A potem - reżyserowi i całej ekipie za to, jak ten film wygląda. Bo przeciwnie wcale nie byłoby to aż tak intrygujące kino. Magia scenografii, sprawne oko, piękne kadry, komputerowy szał traktowany - całe szczęście - jak lukier, którym dodaje się ostatnie szlify swojej kreacji. Zgrabnie manewruje między filmem muzycznym, fantastyką, science-fiction i romansem. Cieszy już na etapie empirycznym, każdą gustowną minutą. Dlatego nawet jeśli w trzecim akcie historia przesadzi z liczbą wykorzystanych klisz, nie zepsuje ogólnego wrażenia.Można by długo i na okrągło jeszcze bardziej, lecz warto zachować umiar. Dzieło Guillermo del Toro to rzecz dopieszczona do ostatniego atrybutu, ale w założeniu cudownie ulotna. Raczej doskonale wiecie, na co się wybieracie, bo zwiastuny dobrze oddają nastrój oraz potencjał seansu. Moim zadaniem było dodatkowe zapewnienie, że nic lepszego przez najbliższe dni nie trafi do kina. Szczególnie naciskam na pary. Bo można przeżyć w sali dwie godziny prawdziwych emocji, a można też po raz trzeci dać się wrobić na soft pornola. O. Najlepszym dowodem na sukces "Kształtu wody" jest niesmak, jaki pozostawia w moich ustach to porównanie. Śliczny film i tyle.