Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to nadal strategia. Są prowincje, są miasta, są armie krążące po mapie, niby wszystko w porządku. Ale już po kilku turach okazuje się, że to tylko pozór i że twórcy "Króla Artura 2" zamienili strategię na grę przygodową. Tekstową grę przygodową. Z bardzo wyraźnymi elementami role-playing. Armię mamy tylko jedną, przynajmniej przez pierwsze 10 godzin rozgrywki. Krążymy tą armią po okolicy, od misji do misji. Tychże jest sporo, bo poza głównym wątkiem fabularnym, który po jakimś czasie rozczepia się na dwa równolegle podążające w tym samym kierunku, jest też sporo zadań pobocznych i dyplomatycznych, za których pomocą można sobie zjednać sąsiadów. Podbój jest skutkiem zaliczenia misji, często obywa się nawet bez bitwy - to dzięki temu nasze królestwo powiększa się o kolejne prowincje. W tychże można rozbudowywać różne struktury i tak dalej, ale nie wymaga to podejmowania żadnych decyzji, podobnie jak rozwój technologii czy dyplomacja - po prostu, gdy pojawia się możliwość zbudowania czy opracowania czegoś, lub zawarcia nowego paktu, to się ją wykorzystuje, jeśli tylko ma się pieniądze. Całe szczęście, że przynajmniej w dyplomacji mamy wybór na to, co zyskujemy, a co tracimy przy wyborze takiego, a nie innego biegu spraw - ale nie sprawia to wcale, że gra nagle zyskuje pozory strategii.