Kosmita, który w poprzednim wcieleniu był hydraulikiem - Oozi: Earth Adventure

Niedawno do Xbox Live Indie Games trafiła druga część stworzonej przez Polaków platformówki. Na polskich kontach jej nie znajdziecie. Warto się przelogować?

Obrazek

Jeśli czas to pieniądz... Cóż, każdy z dwóch epizodów przygód Ooziego kosztuje tylko 80 MSP, czyli jakieś 3 złote. Rozważania na temat opłacalności zakupu byłyby więc absurdalne. Bardziej zasadne jest pytanie, czy warto poświęcać Ooziemu te niecałe dwie godzinki, jakie zajmie wam przejście każdego z epizodów.

Na ładne oczy Z jednej strony gra jest naprawdę sympatyczna. Główny bohater nieustająco szczerzy się do nas z ekranu, w tle przygrywa przyjemna dla ucha muzyka, która nie irytuje nawet za entym podejściem do jakiejś przeszkody. Na same plansze też patrzy się z przyjemnością. Powtarzalność elementów, z których są zbudowane rzuca się w oczy, ale to jedna z rzeczy, które nie powinny dziwić w grze za dolara. Zwłaszcza, że kilka etapów ma swój własny klimat, który odróżnia je od wiecznie zielonego lasu, czy podziemnej jaskini zbudowanej z identycznych kamieni. Osobiście nie trafiłem jeszcze na ładniejszą grę niezależną na Xboksie.

Tyle, że jeśli największą zaletą gry jest oprawa, to wiadomo, że z rozgrywką coś jest nie tak. W przypadku Ooziego chodzi o nudę.

W praaaaaawo Monotonnością usypia zwłaszcza pierwszy epizod, w którym zaliczający awaryjne lądowanie kosmita stopniowo nabywa nowych umiejętności. W drugim większość z nich odblokowana jest już na początku, dzięki czemu także i plansze zostały zaprojektowane z nieco większym polotem. Tak, by Oozi mógł wykorzystać te kilka umiejętności. Nie wyobrażajcie sobie tylko zbytnich szaleństw. Bohaterem sterujemy korzystając (oprócz analoga) z dwóch przycisków. Wystarcza to do podwójnych skoków, wskakiwania przeciwnikom na głowy, odbijania się od ścian i jeszcze kilku aktywności, zwykle jednorazowych, związanych z charakterystyką planszy.

Oozi nie jest grą, która ma jakieś asy w rękawie. Na niespodzianki nie ma co liczyć, więc pokonywanie kolejnych przeszkód prędzej czy później zmienia się w mechaniczne wciskanie przycisku odpowiedzialnego za skok, podczas gdy nasze myśli wędrują w kierunku ciekawszych rzeczy. Przeciwnicy zostali sprowadzeni do roli przeszkód terenowych, które po prostu omijamy. Nie poświęcając im większej uwagi.

Z tego marazmu wytrącić potrafiły mnie tylko wyraźnie trudniejsze od reszty gry momenty, które kilkukrotnie podniosły mi ciśnienie w trakcie drugiego epizodu. Kończy się on zresztą walką z bosem, której bez dobrego refleksu nie przejdziecie. Nie żeby gra jakoś specjalnie znęcała się nad graczem. Ot tracąc kilka żyć w jednym miejscu wreszcie byłem zmotywowany do skupienia się na tym, co robię. Tak łatwiej było zapanować nad reagującym z opóźnieniem sterowaniem.

Werdykt Osobiście od gier niezależnych oczekuję przede wszystkim pomysłu. Oczekuję, że będą demonstracją czegoś nowego, co może wzbogacić nasz kolorowy świat gier wideo. Oozi: Adventure Earth takiego błysku nie posiada. To kalka tysiąca kalek przygód Mariana i innych platformerów z minionej epoki. Ładna, to na pewno, ale zabawić nie potrafi.

Maciej Kowalik

Jeśli macie wolne 80 MSP i chcecie wspomóc rodaków, to wybierzcie drugi epizod z uwagi na odrobinę ciekawsze plansze.

Źródło artykułu:
Wybrane dla Ciebie
MOŻE JESZCZE JEDEN ARTYKUŁ? ZOBACZ CO POLECAMY