Nawet jeśli liczba poziomów nie ucierpiałaby od dodatkowych dziesięciu. Wiecie, to Kirby. Wystarczy trochę powęszyć, by już za pierwszym podejściem zobaczyć wszystkie małe tajemnice, zebrać opcjonalne, świecące kawałki puzzli, odblokować ponadpodstawowe plansze (chyba najciekawsze). Generalnie wystarczy na luzaku grać, gdyż poziom trudności nigdy nie przekroczy tej poprzeczki, której nie bałaby się Wasza pociecha. Frajdę, jak zawsze, przynoszą: eklektyczna ścieżka dźwiękowa (i naprawdę nie brakuje szlagierów) oraz romansowanie z dostępnymi "mocami" tytułowego głodomora. Że słucham? Nigdy nie graliście w Kirbiego? W telegraficznym skrócie - gdy pochłania niczym odkurzacz przeciwnika, przejmuje jego umiejętności. Takie opętywanie z Super Mario Odyssey, ale wymyślone całe lata wcześniej. Można zostać malarzem, rycerzem, zapaśnikiem, kulką ognia albo gwiazdą rocka. Każdemu towarzyszą zadbane zestawy animacji i urocze kostiumy. Umieram z miłości za każdym razem, gdy mój Kirby-sprzątacz przemienia się w wielkiego kota na mokrej gąbce przy ataku z rozpędu.Nowy sznyt w Star Allies polega na werbowaniu przeciwników do własnej, czteroosobowej drużyny. Gdy gracie w pojedynkę, kontrolę nad nimi przejmuje komputer. Najfajniejsze momenty przygody polegają na kreatywnym łączeniu wszystkich dostępnych umiejętności (zwłaszcza że postać z mocą danego elementu może nim nasączyć broń drugiej postaci) lub wykorzystaniu... liczby bohaterów. Tylko w czwórkę stworzą ze swych ciałek most, biegającą po ścianach ciuchcię czy toczącą się z impetem kulę. Nie pytajcie, kurde, to Kirby. Oni nawet dają sobie takiego szybkiego buziaczka, gdy dzielą się zebraną szamką, by podreperować paski zdrowia. Pomijając jednak ultrapocieszność nowej odsłony (podkreśloną współczesną oprawą, choć nieco ograniczoną trzydziestoma klatkami na sekundę) - fajnie mieć opcję dołączenia do zespołu najbardziej kultowych przeciwników z historii Różowego. A nawet ulubionych przez fanów bossów. (#teammetaknight)Co innego, gdy koło telewizora lub Switcha w trybie tabletop przejdzie jakiś znajomy czy domownik i zapyta z uśmiechem: "O, a co to za urocza gierka?". Wtedy Joy-Con będzie Waszym serduszkiem, rzucicie nim, by zwerbować nowego kompana do zabawy. Owszem, multiplayer jest tutaj dziecinnie łatwy do zainicjowania, a działa jak marzenie. Gdy to komputer steruje drużyną, od razu wie, jak ma się zachować w każdej sytuacji. W realnej kooperacji o wiele łatwiej o wtopy, trzeba czasem zaplanować rozwiązanie małej zagadki i być czujniejszym podczas walk z dużymi przeciwnikami. Słowem - wydaje mi się, że Star Allies było projektowane przede wszystkim jako pozycja wieloosobowa. Biorąc pod uwagę, że nie ma tutaj trybów sieciowych, pamiętajcie - 100% satysfakcji wyciągniecie tylko z kimś na kanapie. Nie znaczy to, że w singlu jest źle. Ale dwie godziny w pociągu przegrane z towarzyszką życiowych przygód udowodniły mi, ile straciłem przez typowo recenzencki pośpiech, w którym całą kampanię wymaksowałem.