Ale "Wojna bohaterów" to nie tylko pająk. Jest jeszcze Czarna Pantera. Król afrykańskiej Wakandy wciśnięty w kombinezon superbohatera daje radę, urozmaicając ogromną paletę postaci. Nie jest to śmieszek w stylu Spider-Mana czy Ant-Mana, tylko poważny mężczyzna skupiony na zemście za morderstwo ojca. Podczas filmu nie ma może za dużo pola do popisu, ale cieszy swoją gracją i charakterystycznym, afrykańskim akcentem, dając nadzieję na to, że - podobnie jak Vision - jeszcze nabierze rumieńców w dalszych filmach.Warto napomknąć też o "głównym złym". Bo wbrew pozorom w "Wojnie bohaterów" poza wewnętrznym konfliktem jest też "główny zły". Zemo nie jast może jakąś złożoną, świetnie zaprojektowaną postacią, ale z pewnością ciekawszą od boleśnie bezpłciowych antagonistów tak typowych dla MCU - szczególnie po ostatnich niewypałach w postaci alternatywnego Petera Russo w "Ant-Manie" i nudnego jak flaki z olejem Francisa z "Deadpoola". Zemo nie ma może charyzmy, ale ma dobry plan i całkiem nietypowe motywacje, a to już o wiele więcej niż kilku innych złoczyńców razem wziętych."Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów" to bardzo dobry film akcji, który dostarcza i doskonałych walk, i śmiechu, i zaskakująco intrygującej fabuły. Wrażenie robią postacie i to jak - mimo ich dużej liczby - zręcznie operują nimi reżyserzy. Szkoda tylko, że w natłoku superlatyw zawodzi samo zakończenie. Trudno nie odnieść wrażenia, że twórcy w pewnym momencie spojrzeli na zegarek i powiedzieli: okej, Downey Junior, wyłaź już z tej zbroi, ej, Bettany, zmywaj makijaż, mamy dwie i pół godziny filmu, kończymy tutaj. Fabuła bardziej się urywa niż ma jakiś wyrazisty finał. Sprawia, że widowisko traci swój impet. Różni się też od komiksowego pierwowzoru pewnym niezwykle istotnym aspektem, który każe sądzić, że scenarzyści ostatecznie stchórzyli, tworząc bardzo bezpieczną produkcję. Cieniasy.