Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeJust Cause 4 – recenzja. Celuj w czerwone

Rozmontowaliśmy razem komunę. Lecz po co, ja do dzisiaj nie rozumiem.

Facebook Twitter Google Wykop

Pamiętam jeszcze premierę Just Cause 2. Zapadła mi w pamięć głównie przez kontrowersyjną w tamtym czasie decyzję Avalanche (twórców serii) o tym, by z listy wspieranych systemów usunąć kultowego Windowsa XP. Dziś brak wsparcia dla tego OS-u nikogo już nie dziwi. Podobnie jak powolne przesuwanie granicy w stronę Windowsa 10. Systemy upadają, a Just Cause wciąż stoi. I wciąż stoi Rico Rodriguez pomimo przyjęcia na klatę kolejnych ton ołowiu wystrzelonych w jego stronę przez grową dyktaturę.

Platforma: PC, PS4, Xbox One
Producent: Avalanche Studios
Wydawca: Square-Enix/Eidos
Dystrybutor: Cenega
Data premiery: 04.12.2018
Wersja PL: Napisy
Wymagania sprzętowe: Windows 7/8/10, Intel Core i5-2400 3.1 GHz/ AMD FX-6300 3,5 GHz , 8 GB RAM, NVIDIA GTX 760 3GB lub AMD R9 270, 60 GB HDD
Grę do recenzji dostarczył dystrybutor. Graliśmy na PC. Zdjęcia pochodzą od redakcji.

Swojemu ojcu wleźć na kark

Rico Rodriguez to prawdziwy specjalista od walki z dyktaturą wszelaką. W odróżnieniu od wielu znanych z kart historii bohaterów wznieca przy tym rewolucję nie ulotkami, lecz benzyną i ołowiem, niszcząc wrogą infrastrukturę i rujnując tym samym gospodarkę. Co skłonić ma partyzantów, by chwycić za broń i sprzeciwić się władcy. Tym razem nasz bohater zmierza do nawiązującego klimatem do Ameryki Południowej Solis. Z czego, tęskniąc od powrotu z wakacji za tamtym rejonem świata, bardzo się ucieszyłem.

Świat gry to miejsce z całą pewnością klimatyczne, choć w moim odczuciu jednak ustępujące nieco śródziemnomorskiemu rejonowi z poprzedniczki. Charakter Solis polega dla mnie na różnorodności – od gęstych dżungli, przez żyzne obszary rzeczne, pustynie aż po wysokie góry. Z powodu takiego urozmaicenia trudno jest wprost zdefiniować charakter tego świata i znaleźć w nim jakąś myśl przewodnią. Istotniejsze jest jednak to, że w momencie naszego przybycia wysepka opanowana jest przez organizację o nazwie Czarna Ręka. Poza obaleniem panującego porządku, Avalanche chce skusić do odbycia podróży z Rico obietnicą bardziej osobistego jej charakteru – w sprawę w pewien sposób zamieszany jest jego ojciec.

Just Cause 4 to całkiem kompletne doświadczenie z tej serii, ale ten sam haczyk nie będzie działał wiecznie

Nie naruszając NDA i nie odwołując się do szczegółów, wspomnę tylko, że jest to obietnica nijak nie spełniona. Historia ponownie jest żałośnie nijaka i stanowi pretekst do tego, by po prostu sobie postrzelać. Właściwie po skończeniu gry z zaprezentowanej „opowieści” zapamiętałem tyle, że coś złego zadziało się w temacie technologii i gra co jakiś czas atakowała mnie cutscenkami przypominającymi 360p na YouTube. Gdyby jeszcze pojawiło się kółeczko buforowania, może potraktowałbym to jak filtr, a nie bubel. Cóż, przynajmniej nastąpiła zgodność formy z treścią.

Szybko jednak przestajemy zastanawiać się nad miałkim skryptem i cutscenkami rodem sprzed dwóch dekad, po prostu szczerząc gębę na myśl o 1024 kilometrach kwadratowych wypełnionych różnymi czerwonymi elementami. Bo wiedzcie, że jeżeli coś w tej grze pomalowano właśnie na taki kolor to celem było zachęcenie gracza do przycelowania w taki obiekt i puszczenia serii z aktualnie trzymanej broni. Albo ewentualnie, jeżeli coś jest w innym kolorze, by spróbować połączyć to linką z czymś czerwonym. I patrzeć z radością, co wyniknie np. z powiązania ze sobą dwóch Dreamlinerów, cysterny z paliwem i budynku hali odlotów.

Swoją pałę naprzód nieść

Formuła zabawy w Just Cause 4 – jeżeli pominąć oglądanie kiepskich cutscenek i zatrzymywanie się podczas podróży do kolejnego znacznika celem sprawdzenia czy np. farma wiatraków okolicznej elektrowni nie jest pancerna – sprowadza się tak naprawdę do stopniowego przejmowania kolejnych rejonów mapy, aż do przepędzenia stamtąd ciemiężyciela. Tym razem jednak doczekaliśmy się w tym aspekcie drobnej przebudowy całej struktury względem poprzedniczek. By zająć dany region, musi on po pierwsze graniczyć z którymś zajętym wcześniej (startujemy od spłachetka lądu w środku wyspy), po drugie natomiast musimy mieć odpowiednie rezerwy wojska.

Siłę armii zwiększamy siejąc po prostu destrukcję. Najbardziej efektywny (a zarazem efektowny) sposób to wykonanie którejś z rozsianych po całym świecie ponad 30 misji, polegających np. na sabotażu elektrowni, rozminowaniu jakiejś instalacji itp. Ich wykonanie często i tak jest dodatkowym warunkiem do rozpoczęcia ataku na dany region, przynoszą poza tym więcej punktów, niż przypadkowe rozwalanie czego popadnie. Jeżeli chcecie z gry wyciągnąć 100%, stronników pozyskacie też poprzez misje kaskaderskie (przed kamerą musimy wykonać zadane ewolucje) lub archeologiczne, związane z poznawaniem historii wyspy. Co jest w sumie ciekawsze niż sama fabuła.

Jeżeli jednak nie zależy wam na spędzaniu przed ekranem aż 50 godzin celem zaliczenia gry na 100% (do ukończenia opowieści wystarczy ok. 20h), tak naprawdę poza misjami głównymi obowiązkowe są jedynie wspomniane już sabotaże wrogich instalacji. I to nie wszystkie dostępne, a jedynie te blokujące przejęcie regionu, który z kolei musi być nasz, by dało się odpalić rozgrywającą się w nim główną misję. Formuła zabawy w trakcie wszelkiego rodzaju zadań nie jest zbyt odkrywcza. To zwykle seria 3-4 zadanek typu przypieprz rakietami w parę generatorów czy turbin, uruchom kilka konsol w trakcie czasówki czy osłaniaj konwój. Czasówki akurat mocno irytują, bo nieraz wymagają odrobiny precyzji, by zdążyć na czas.

Tylko od naszej kreatywności zależy, czy zagramy w grę nudną czy ciekawą.

Nie złodzieje rządzili, lecz debile

Zawodzi również wspomniane już przejmowanie regionów. Po zyskaniu armii nie czujemy się jak wielki przywódca. Dwa kliknięcia na dany region na mapie świata i już, potężna rzekomo armia panująca nad tymi terenami nie jest w stanie zrobić nam krzywdy. Nawet pomimo tego, że wrogi dyktator w teorii jest w stanie kontrolować pogodę.

Jest to formuła niewymagająca może od gracza wielkiego myślenia, ale mimo wszystko prowokująca do radosnej destrukcji. W kwestii możliwości Just Cause 4 przypomina niego MGS-a V. Nie tyle pod względem liczby zaimplementowanych mechanik, co wymagań stawianych graczom. W przygodach Snake’a to właśnie od odbiorcy zależało czy grał w nudną, powtarzalną skradankę z tranquilizerem czy wbijał się rozpędzonym czołgiem w niewielką bramę prowadzącą do celu, celem zablokowania drogi zaalarmowanym oprawcom.

W Just Cause 4 samo strzelanie też szybko nudzi. Ale co z tego, skoro można też pobawić się linką, która wraz z kolejnymi odsłonami stała się bardzo rozbudowanym narzędziem. Wszystko jest w teorii proste – po wycelowaniu w interesujący nas obiekt aktywujemy urządzenie, następnie trzymając odpowiedni guzik na padzie (wiem, w shootery nie gra się na padzie) przenosimy celownik na drugi obiekt, puszczamy i już, połączyły się. Nasza linka posiada jednak dodatkowe tryby działania jak naprężanie się, dzięki któremu np. nasz przeciwnik może zostać zabrany na przejażdżkę przez zbliżającego się motocyklistę. Jest też wreszcie odwrotny tryb przypominający działaniem wyrzutnię czy coś na wzór baloników fultona z Phantom Pain, pozwalających na katapultowanie określonych obiektów z mapy.

Jeżeli dodamy do tego też pojazdy i fakt, że nie ma problemu z dostaniem się za stery w zasadzie dowolnego środka transportu, na przykład obsadzonego przez dwóch karabinierów helikoptera czy odrzutowca, otrzymujemy całkiem spore możliwości siania destrukcji. Po co walić rakietami w helikopter, skoro można go przechwycić w powietrzu i porzucić tuż nad głowami grupki przeciwników.

I tak dalej, i tym podobne. Tylko nasza kreatywność warunkować będzie, czy zagramy w grę nudną czy ciekawą. Fantastyczne w Just Cause 4 jest wreszcie to, że podobnie jak Saints Row 4, pozwala bardzo szybko przemieszczać się także bez pomocy pojazdów. Trio złożone z linki, spadochronu i wingsuita to autentyczne cudo. Zaczepiacie się najpierw hakiem o drzewo, w momencie nabrania prędkości rozkładacie na chwilę spadochron dla nabrania odrobiny wysokości i w locie przełączacie się na wingsuit, pikując z astronomiczną prędkością ku ziemi. A jak już jesteście blisko gleby, odtwarzacie algorytm, tym razem posyłając hak z powietrza. Taki zestaw sprawia, że da się właściwie grać, prawie nie dotykając lądu.

Zapomnieć skąd się jest i gdzie

No dobrze, większość tych elementów skądś jednak już znamy, może w nieco mniej dopracowanej formie, i to przypadkiem z trzech innych gier, których bohaterem jest właśnie Rico Rodriguez. W kontekście większych nowości Just Cause 4 jest natomiast dość niemrawe. Przed premierą mocno promowano na przykład to, że przeciwnik umie wpływać na pogodę – czasami towarzyszyć będzie nam tornado, burza itp. Przez większość czasu kontakt z nimi ogranicza się jednak po prostu do tego, że gdzieś w tle widzimy sobie wędrującą trąbę powietrzną, ale z samą pogodą styczność mamy w dosłownie kilku misjach. Później sami zamienimy się też w władcę pogody, problem jednak w tym, że nie ma to większego wpływu na scenariusz czy rozgrywkę.

Avalanche chciało odważniej naruszyć fundamenty serii, ale niestety zatrzymało się w pół kroku

Jeżeli chodzi o oprawę graficzną, tytuł naprawdę dobrze wygląda… przez większość czasu. Jest też dużo lepiej od ostatnich części zoptymalizowany. Co prawda zdarza się czasem wywalający na pulpit błąd sterownika (grałem na PC), ale po premierze jest to zjawisko wyraźnie rzadsze niż przez pierwsze godziny spędzone na pozbawionym szlifów Solis. Nie wiem tylko dlaczego po każdym wyłączeniu gry przeklikać muszę raport o błędach.

Chociaż to akurat nic uciążliwego. Oprócz jednak wspaniałych pejzaży, jakie podziwiać mogliście do tej pory w recenzji, zdarzają się też obszary przypominające wizualnie jeszcze PlayStation. Ten screen nie wymaga chyba dalszego komentarza:

Just Cause 4 to oczywiście bardzo kompletne doświadczenie spod znaku Just Cause. Olśniewające skalą i rozczarowujące lekko przerobioną formułą, która mogłaby posłużyć do zbudowania czegoś dużo ciekawszego, gdyby Avalanche chciało tylko odważniej naruszyć fundamenty serii. Jeżeli od czasu wizyty na Medicii tęskniliście za dokładką, będzie to znów smaczne danie. Widniejąca poniżej ocena, mam jednak nadzieję, będzie już dla twórców drobną sugestią, że ten sam haczyk nie będzie działał wiecznie. Wszak nie tylko graczy, ale nawet stalowe elementy dopada w końcu zmęczenie materiału.

ZAGRAĆ?
MOŻNA
3.0

8
Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
5 Komentarze
3 Odpowiedzi
7 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najpopularniejsza dyskusja
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Aimagylop
Użytkownik

Jak tam z mechaniką i fizyką gry? Czy jest tak spartolona jak w części 3?

marloon87
Użytkownik

KULT zawsze spoko!

soulsonist
Użytkownik

eh, wiele sobie obiecywalem po tej grze a tu szalu nie ma. Trzecia odslona to byl dobry odmozdzacz gdzie mozna bylo wskoczyc, oswobodzic miejscowosc niszczac najblizsza elektrownie (tym samym pozbawiajac nowo wyzwolonych ziomkow pradu) I ruszyc dalej lub wylaczyc gre. Tym razem wydaje sie ze terenu jest az nadto, ale tworcy nie mieli zbytnio czego w nim upchnac, bo poza strzelaniem niewiele tez Rico do gry wnosi.

szkoda.

PentaStar
Użytkownik

Dla mnie Just Cause to idealna gra na “przeczekanie” – świetnie sprawdza się w czasie, gdy do innej, interesującej premiery pozostało jeszcze nieco czasu. Trzeba tylko pamiętać, by: – cutscenki pomijać, bo można mieć od nich raka – nie zdejmować palca ze spustu – wypróbować i zniszczyć każdy dostępny pojazd – znęcać się nad przecinikami/sojusznikami/cywilami przy pomocy linek itp. – Absolutnie się nie wczuwać i nie przeżywać zanadto bugów – Gdy nadchodzi etap zmęczenia od razu wyłączyć (istnieje ryzyko, że zachce się oglądać cutscenek i poznać “fabułę”… a wtedy wiadomo…) Nic dodać, nic ująć. Zawsze tak podchodzę do JC i… Czytaj więcej »

Paw3D
Użytkownik

Strasznie słaba jest ta gra, wygląda jak niskobudżetowa.