Zawodzi również wspomniane już przejmowanie regionów. Po zyskaniu armii nie czujemy się jak wielki przywódca. Dwa kliknięcia na dany region na mapie świata i już, potężna rzekomo armia panująca nad tymi terenami nie jest w stanie zrobić nam krzywdy. Nawet pomimo tego, że wrogi dyktator w teorii jest w stanie kontrolować pogodę.Jest to formuła niewymagająca może od gracza wielkiego myślenia, ale mimo wszystko prowokująca do radosnej destrukcji. W kwestii możliwości Just Cause 4 przypomina niego MGS-a V. Nie tyle pod względem liczby zaimplementowanych mechanik, co wymagań stawianych graczom. W przygodach Snake’a to właśnie od odbiorcy zależało czy grał w nudną, powtarzalną skradankę z tranquilizerem czy wbijał się rozpędzonym czołgiem w niewielką bramę prowadzącą do celu, celem zablokowania drogi zaalarmowanym oprawcom.W Just Cause 4 samo strzelanie też szybko nudzi. Ale co z tego, skoro można też pobawić się linką, która wraz z kolejnymi odsłonami stała się bardzo rozbudowanym narzędziem. Wszystko jest w teorii proste – po wycelowaniu w interesujący nas obiekt aktywujemy urządzenie, następnie trzymając odpowiedni guzik na padzie (wiem, w shootery nie gra się na padzie) przenosimy celownik na drugi obiekt, puszczamy i już, połączyły się. Nasza linka posiada jednak dodatkowe tryby działania jak naprężanie się, dzięki któremu np. nasz przeciwnik może zostać zabrany na przejażdżkę przez zbliżającego się motocyklistę. Jest też wreszcie odwrotny tryb przypominający działaniem wyrzutnię czy coś na wzór baloników fultona z Phantom Pain, pozwalających na katapultowanie określonych obiektów z mapy.Jeżeli dodamy do tego też pojazdy i fakt, że nie ma problemu z dostaniem się za stery w zasadzie dowolnego środka transportu, na przykład obsadzonego przez dwóch karabinierów helikoptera czy odrzutowca, otrzymujemy całkiem spore możliwości siania destrukcji. Po co walić rakietami w helikopter, skoro można go przechwycić w powietrzu i porzucić tuż nad głowami grupki przeciwników.I tak dalej, i tym podobne. Tylko nasza kreatywność warunkować będzie, czy zagramy w grę nudną czy ciekawą. Fantastyczne w Just Cause 4 jest wreszcie to, że podobnie jak Saints Row 4, pozwala bardzo szybko przemieszczać się także bez pomocy pojazdów. Trio złożone z linki, spadochronu i wingsuita to autentyczne cudo. Zaczepiacie się najpierw hakiem o drzewo, w momencie nabrania prędkości rozkładacie na chwilę spadochron dla nabrania odrobiny wysokości i w locie przełączacie się na wingsuit, pikując z astronomiczną prędkością ku ziemi. A jak już jesteście blisko gleby, odtwarzacie algorytm, tym razem posyłając hak z powietrza. Taki zestaw sprawia, że da się właściwie grać, prawie nie dotykając lądu.No dobrze, większość tych elementów skądś jednak już znamy, może w nieco mniej dopracowanej formie, i to przypadkiem z trzech innych gier, których bohaterem jest właśnie Rico Rodriguez. W kontekście większych nowości Just Cause 4 jest natomiast dość niemrawe. Przed premierą mocno promowano na przykład to, że przeciwnik umie wpływać na pogodę – czasami towarzyszyć będzie nam tornado, burza itp. Przez większość czasu kontakt z nimi ogranicza się jednak po prostu do tego, że gdzieś w tle widzimy sobie wędrującą trąbę powietrzną, ale z samą pogodą styczność mamy w dosłownie kilku misjach. Później sami zamienimy się też w władcę pogody, problem jednak w tym, że nie ma to większego wpływu na scenariusz czy rozgrywkę.