Podobnie jak w grze Team Bondi przenosimy się tym razem na jasną stronę mocy. No dobrze, przenosimy się w jakichś 90%, bo nazwanie Yagamiego (główny bohater gry) japońskim Colem Phelpsem jest nieco na wyrost. Podczas gdy tamten nawet zdegradowany z komórki kryminalnej w szeregi Arsonu stanowczo stronił od ciemnych spraw, nasz bohater ma pewne powiązania ze światem Yakuzy, w której szeregach zadziwiająco sporo jest chłopców o złotych sercach. Po prostu zmitologizowany obraz gangsterów, czyli po prostu cecha rozpoznawcza tej serii. Judgment dzieli z „japońskim GTA” nie tylko świat – wbrew wciśnięciu nas w buty detektywa, zaserwowano nam po prostu kolejną opowieść o mafiozach. Nawet jeżeli na początku autorzy świetnie uśpili naszą czujność.A przynajmniej moją, serwując we wstępie świetną przeróbkę (ale z nieco innym finałem) „Adwokata Diabła” – filmu, który uwielbiam i który obejrzałem przynajmniej dwukrotnie więcej razy niż łączna liczba gier tego studia. Przedstawiony w Judgment Yagami to młody, ambitny prawnik, który stawia sobie za cel ocalenie od więzienia młodego człowieka, oskarżonego o zabójstwo pewnego staruszka leżącego z demencją na oddziale szpitalnym. Choć sprawa wydaje się niemożliwa, a wina ofiary pewna, w toku sprawy udaje się odkryć pewien paradoks, po którym pada wyrok uniewinniający. Tylko niestety parę tygodni później okazuje się, że jednak stwierdzenie „muchy by nie skrzywdził” w kontekście oskarżonego było jednak bardzo na wyrost.Dotyczącą tego fragmentu retrospekcję rozegramy w późniejszej fazie rozgrywki, ale punkt wyjścia dla historii jest już inny. Zawstydzony bronieniem diabła (ale czy na pewno?) Yagami zrzuca togę i, ubrany już w dżinsy i kurtkę ze skóry, otwiera agencję detektywistyczną. Postanawia zaleczyć nękające go poczucie winy, doprowadzając teraz z kolei przed oblicze sprawiedliwości kilku niecnych ludzi. Już jedna z pierwszych spraw pokazuje, że może i potrzebne będzie nie siedem czy siedemdziesiąt siedem dusz, a wystarczy jedna. W mrocznych zaułkach Kamuchoro zostaje odnalezione ciało pewnego wysoko postawionego Yakuzy, pozbawione przez zabójcę gałek ocznych. Później natomiast kolejne... Rozwiązanie tej zagadki to chyba całkiem dobra pokuta za poprzedni błąd w sztuce.Jeżeli miałbym podać jeden argument za odpaleniem Judgment, byłby to właśnie scenariusz. Zawarta w grze intryga jest konkretna – skomplikowana, wielowymiarowa i z biegiem czasu okazuje się, że również bardzo bliska naszemu bohaterowi. By zbyt wiele nie zdradzać dodam tylko, że jeden z tropów prowadzi też do szpitala, w którym dokonało się wspomniane już zajście, które sprawiło, że godziny zakuwania książek prawniczych poszły na marne. W końcu bez kolejnych niepewności, zwrotów akcji i nawiązań do przeszłości bylibyśmy rozczarowani, prawda?Jak nakazuje tradycja Yakuzy, również Judgment wypełnia scenariusz co najmniej podobnej objętości kupką spraw pobocznych. Nie tylko tropimy groźnych morderców zachodząc przy okazji za skórę rządowym ważniakom, ale też śledzimy niewiernego męża, bronimy dzieciaka przed oskarżeniem o zjedzenie zostawionego w lodówce ciastka czy ratujemy ojca innego brzdąca, a młodemu jeszcze wydaje się, że jest superbohaterem (a może jednak jest?). Część takich spraw wpleciono w główny scenariusz, ale prawdziwą kopalnią tychże jest dopiero odpowiednia tablica w biurze bohatera.Widać, że Japończycy zatrudniają do pisania szalenie inteligentne osoby. Nawiązań do popkultury (w dużej mierze Ace Attorney) jest tu ponownie cała masa, a każde dodatkowe zadanie jest drobną perełką. Gdyby Adam nie zadzwonił po konsolę przypominając, że czas już by pograł do recenzji w CTR-a, zapewne szybko by jej nie odzyskał.