J-Stars Victory VS+ - recenzja

J-Stars Victory VS+ - recenzja06.07.2015 17:01
J-Stars Victory VS+ - recenzja
marcindmjqtx

Mokre sny fanów anime w wersji wirtualnej nareszcie dostępne w naszych sklepach. Pytanie brzmi: nie za późno?

Założeniem zeszłorocznego przeboju Namco Bandai, który po naszej stronie kuli ziemskiej poznajemy dopiero wraz z premierą nowogeneracyjnego portu (oznaczonego plusem w tytule), był ostateczny melanż wszystkich serii związanych z Weekly Shonen Jump.

Do gry trafiły zatem gigantyczne gwiazdy z Dragon Ball, Bleach, One Piece czy Naruto, ale przeważająca większość zawodników reprezentuje tytuły znane wyłącznie przez fanów tematu. Jeżeli mówią Ci coś takie tytuły, jak Assassination Classroom, Beelzebub, Reborn! albo Hunter x Hunter, będziesz wniebowzięty mogąc wybrać ignorowane zazwyczaj przez gry persony. W przeciwnym wypadku na ekranie telewizora zobaczysz cyrkową bandę japońskich dziwactw. Poniekąd nic nowego w gatunku bijatyk.

Klep kwadrat! Już po kilku potyczkach w trybie Free Battle, od którego zawsze zaczynam przygodę z mordobitkami, nabrałem przeświadczenia, iż nie będę tutaj miał do czynienia z głębokim, wartym zgłębienia systemem walki. Niestety, w ciągu następnych dziesięciu godzin wałkowania J-Stars na lewo i prawo zdania nie zmieniłem.

J-Stars Victory VS+

Starcia przypominające gry z uniwersum Dragon Ball od serii Tenkaichi wzwyż, z charakterystycznym umiejscowieniem kamery nad ramieniem kierowanego bohatera, są od Smoczych Kul dużo przystępniejsze (by nie napisać: prostsze). Kombinacje uderzeń policzysz na palcach obu rąk. A ogarniesz i oswoisz - mniej więcej po dwudziestu minutach. Na siłę można do sprawy podejść profesjonalnie, stosować bloki, uniki i wszelkimi metodami urozmaicać pojedynek, jednak gówniarskie naparzanie w dwa przyciski bez żadnego planu da równy, jeśli nawet nie lepszy czasem wynik.

Deweloper postawił przede wszystkim na efekciarstwo. Każda postać porusza się i walczy w odmienny sposób (podkreślając tym samym różne pochodzenie), a zderzenie ataku specjalnego Bobobo, który miażdży przeciwników gigantycznymi włosami z nosa (nasza znajomość, Czytelniku, wchodzi na nowy etap!), z pełną powagi techniką głównego adwersarza Bleach, Aizena, jakimś cudem nie wywołuje odruchu zwrotnego. J-Stars w najbardziej przejaskrawionych momentach przypomina zeszytowy crossover fascynacji szkolnego dziecka - jak gdyby Power Rangers walczyli z Motomyszami z Marsa na plecach Godzilli majestatycznie niszczącej Tokio. I jakimś cudem to działa. Szkoda tylko, że te wszystkie kozackie animacje towarzyszące najpotężniejszym atakom przegrywają w starciu z tytułami - na przykład - dedykowanymi Naruto. Chciałbym więcej fajerwerków z tak istotnej dla gier na bazie anime okazji.

W duecie

J-Stars Victory VS+

Najczęściej będziesz w J-Stars toczył starcia drużynowe, trzech na trzech. Jedną postacią steruje gracz, drugą komputer (lub gracz numer dwa, o czym za chwilę), trzecią zaś wzywasz przyciskiem według własnej woli. Tylu pełnoprawnych zabijaków wprowadza do gry odrobinę niekontrolowanego chaosu. Wszak namierzasz jednego przeciwnika, więc na niespodziewane ataki od tyłu trudno sensownie zareagować. Komputer nie zawsze kuma bazę, gdy inicjujesz specjalny atak w duecie wybijając adwersarza wysoko w powietrze (to mój ulubiony moment, dający sporą satysfakcję), albo czasem wystawia Twoją drużynę na porażkę, bo w stanie przedśmiertnym odprawia ostatniego samuraja, zamiast schować się w kącie jak przystało. Jednak granie w drużynie z kulawą sztuczną inteligencją to zaledwie zamiennik dla niecierpliwych samotników.

Bo nawet tryb online schodzi tym razem na dalszy plan. Największym atutem odgrzewanego kotleta Namco Bandai jest możliwość przechodzenia jednej z czterech rozległych kampanii fabularnych (różniących się składem głównej drużyny) do spółki z kumplem na kanapie. O ile łatwiej i przyjemniej rozgromić przeciwną drużynę ustalonym wcześniej sposobem, chyba nawet nie muszę tego opisywać. Zwłaszcza w pojedynkach dwóch na jednego, gdzie truchło pechowego wroga latać będzie dokładnie tak, jak sobie tego ze swoim towarzyszem zażyczycie. Szkoda jednak, co dokumentuję jednym ze zdjęć, iż dzielony ekran wymaga albo ogromnego telewizora, albo siedzenia z nosami wlepionymi w wyświetlacz.

Wstyd na dzielnicy

J-Stars Victory VS+

Technicznie J-Stars Victory VS+ pamięta nie tylko poprzednią generację konsol, z której przy małym wysiłku przeniesiono je dzisiaj na PlayStation 4, ale i świętej pamięci Czarnulę. Jak inaczej wytłumaczyć bowiem dorysowujące się obiekty na (małych przecież) arenach lub zipiący z trudnością framerate? Fabularna kampania J-Adventure żenuje odbiorcę stosem niepotrzebnych, na kolanie napisanych dialogów, wyświetlanych za pomocą klasycznych „gadających głów” (a rysunki bohaterów bezsprzecznie powinny reprezentować wyższą ligę), którego to rozwiązania nie sposób oczekiwać po ostatnich dwóch Mortalach w jakiejkolwiek bijatyce. Nie przystoi po prostu, panowie szlachta, musimy się bardziej szanować. Krótko - tytuł nie kryje swego pochodzenia, dochodząc do wniosku, iż skoro kierowany jest do określonej niszy, a wśród tej niszy panuje w ogóle większa tolerancja dla kulejącej oprawy, starać się nie musi.

To po prostu wirtualna machina do fanserwisu. Mieszanie ze sobą najbardziej skrajnych światów, zespoły złożone ze śmiertelnych wrogów, alogiczne supporty, a wszystko - rzecz jasna - z oryginalnym, rozwrzeszczanym dubbingiem, w lokacjach znanych z ulubionych serii. Jeżeli siedzisz w tych klimatach, a z mojej małej wiedzy miałeś niezły ubaw, poniższy werdykt jest dla Ciebie - tylko Ty dotarłeś do końca recenzji. Cała reszta, czyli fani bijatyk, zagrać może OSTATECZNIE, gdyż masherski system walki nie kryje w sobie głębi wystarczającej do regularnego treningu. Ja z kolei nabrałem ochoty na jakąś nową serię.

Adam Piechota

Platformy:PS3, PS4, PS Vita Producent:Spike Chunsoft Wydawca:Bandai Namco Dystrybutor:Cenega Data premiery:26.06.2015 PEGI: 12

Grę do recenzji udostępnił dystrybutor. Testowaliśmy wersję na PS4. Screeny pochodzą od redakcji.

Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (0)