Warszawski deweloper Telepaths Tree jest raczej nieznany, nie kojarzymy go z żadną wcześniejszą grą. Inner Chains to zupełnie nowa marka, więc też właściwie nie było wiadomo czego się po tej produkcji spodziewać. Ale fakt, że grę wydaje dosyć prężnie działające w branży IMGN.PRO, a pudełka dystrybuuje w Polsce Cenega, sugerował, że będzie przynajmniej nieźle. Pewnie już podejrzałeś ocenę końcową, więc wiesz, że nie jest.Inner Chains przenosi nas w głąb mrocznej duszy człowieka. Dlaczego? Mowa o jakimś konkretnym człowieku-bohaterze czy to bardziej uniwersalna opowieść dotyczącego każdego z nas? Może gdyby rzeczywiście była to pełnoprawna opowieść, to mógłbym odpowiedzieć na to pytanie. Po raczej zagadkowym intrze w grze nie ma jednak właściwie żadnych dialogów, cutscen czy czegokolwiek, co tłumaczyłoby cel tej wędrówki. Poza incydentalnymi i równie tajemniczymi co intro napisami na ścianach, nie ma tu żadnej narracji. Przez pół godziny idziemy przed siebie i przyglądamy się mrocznemu otoczeniu i przeciwnikom, a przez kolejne 4,5 jeszcze dodatkowo do nich strzelamy.Strzelanie w Inner Chains jest niestety smutnym żartem. Przypomnijcie sobie mechanikę dowolnego symulatora chodzenia. Już? To teraz domalujcie na środku ekranu giwerę. Celujemy rozglądając się po otoczeniu, nie ma w tym żadnej finezji i żadnego pomysłu. Ani nawet zooma/opcji dokładniejszego przymierzenia. Jest sztucznie i sztywno, co podkreślają tylko dwa pierwsze ustrojstwa - miotacz energetyczny i miotacz płomieni. Używaniu tego sprzętu nie towarzyszy żaden odrzut, reakcje porażonych prądem czy poparzonych wrogów są raczej umowne. Potem pojawia się jeszcze coś, co na upartego można by nazwać kołkownicą z Painkillera. Jej używanie jest jednak równie bezpłciowe, a hitboksy przeciwników równie losowe. Czasem strzał w głowę strąci ją z karku, czasem tylko zwróci na nas uwagę przeciwnika. A ten, zależnie od momentu w grze, w którym jesteśmy, może iść w naszą stronę szybko lub wolno. Potem są jeszcze większe ich odmiany, także strzelające. Na szczęście większość da się wymanewrować i po prostu ominąć, bo strzelanie w Inner Chains to gwarantowany absolutny brak satysfakcji.To, co jest esencją każdego FPS-a, najbardziej tu zawodzi. Smutny jest jednak fakt, że nawet po przymknięciu oka na to wszystko, co napisałem w powyższym akapicie, Inner Chains wciąż reprezentuje poziom gry z kiosku Ruchu. Zagadki? Miały chyba jakieś być, ale skończyło się na otwieraniu energetycznych bram. Czasem trzeba trochę pobiegać i aktywować je w odpowiedniej kolejności. Po pierwszej korytarzowej połowie poziomy też zauważalnie się otwierają, dzięki czemu można się nawet zgubić, bo nie ma mapy ani żadnej podpowiedzi, gdzie trzeba iść. W 2-3 miejscach pobiegałem więc trochę w kółko. Był to jednak bieg na orientację, z lawirowaniem między przeciwnikami, a nie świadome zwiedzanie połączone z odkrywaniem kolejnych przejść czy skrótów. W dosłownie dwóch miejscach wydaje mi się, że dostrzegłem kiełkujący pomysł na tego typu projekty, ale zostały one zdławione w zarodku.