I Am Setsuna - recenzja. Czy zagralibyśmy w to na SNES-ie?

I Am Setsuna - recenzja. Czy zagralibyśmy w to na SNES-ie?
01.08.2016 10:22
I Am Setsuna - recenzja. Czy zagralibyśmy w to na SNES-ie?
Adam Piechota
Adam Piechota

Oto tytuł, który miał chyba za duże ambicje.

Jeśli na każdym kroku podkreślasz, że inspiruje cię klasyka, a na dodatek ogłaszasz się spadkobiercą Chrono Triggera, to musisz liczyć się z tym, że ktoś potem cię z takiej zuchwałości rozliczy. Nie twierdzę od razu, iż debiutancka pozycja Tokyo RPG Factory jest nieudana – co to, to nie – ale na podobne przepychanki z historią ma zdecydowanie zbyt wątłe barki. I trochę jej to szkodzi.

Platformy: PC, PS4, Vita

Producent: Tokyo RPG Factory

Wydawca: Square Enix

Dystrybutor: Cenega

Data premiery: 19.07.2016

Wymagania: Core i5 2.2GHz; 4 GB RAM ; Geforce GTX460 / Radeon HD6850

Grę do recenzji udostępnił dystrybutor. Graliśmy na PC. Obrazki pochodzą od wydawcy.

W baśniowym, pokrytym śnieżną kołderką świecie istniała pewnego rodzaju równowaga. Potwory nie są zbytnio agresywne, ponieważ regularnie poświęcana jest im jakaś kobieta. Nazywana ofiarą, podróżuje ze swoją świtą na kraniec znanej jej rzeczywistości, by tam dokonać koniecznego rytuału. Może nie jest to wymarzona sytuacja, gdy los każe wysłać córkę na żer potworom, ale jakoś tam się kręci.Do czasu, gdy bestie stają się bardziej żądne krwi niż kiedykolwiek wcześniej. Rozwiązanie? Wysłać następną ofiarę wcześniej. Setsunę, bo właśnie tytułowe dziewczę kopnął podobny zaszczyt, poznajesz w skórze zamaskowanego najemnika. Ktoś zapłacił Ci, żebyś ją zabił. Dowiadując się o pielgrzymce, jaką ma odbyć – a która i tak przecież zakończy się jej śmiercią – postanawiasz za bohatera dołączyć do świty Setsuny. Bo on nie ma żadnego charakteru, jest zaledwie milczącym awatarem. To na przykład jeden z elementów przeszłości, jakiego mi wcale nie brakowało.Wiele osób już zauważyło, że I Am Setsuna należy się także porównanie do Final Fantasy X. Owszem, podstawowe założenie z pielgrzymką jest dość podobne, niemniej chwilę później trop się ucina. Setsuna nie dąży na przykład do nadania bohaterom dramatu głębi, stawiając na niezrozumiały dla mnie minimalizm i wiele cięć w scenariuszu, od przekonujących dialogów począwszy. Nie tłumaczy tego sentyment dla szesnastobitowej klasyki, bo ona bywa powtarzana do dzisiaj właśnie ze względu na ultrabarwne charaktery oraz wspaniałą historię.

To zaledwie początek wyliczanki, jaką mógłbym zrobić fabule Setsuny. Nie interesowała mnie połowa mojej drużyny. Tytułowa bohaterka na etapie czwartego „nie wiem, kim jesteś, ale ci ufam i sądzę, że powinniśmy podróżować razem” traci wiarygodność. Postaci drugiego planu dostają zazwyczaj kilka linijek tekstu, a i nad tymi należałoby popracować.  Po czym najważniejsze – słyszysz o tym, że potwory coraz częściej nawiedzają zbiorowiska ludzi, a potem okazuje się, że dwa pierwsze kontynenty zamieszkują niemal same pingwinki, które atakują cię uroczym ślizgiem na brzuchu – to gdzie te potwory, hm?

Czy w trakcie dwudziestogodzinnej przygody zmieniłem swoje tetryczne nastawienie? W tym największy ból, że właśnie nie. Jeżeli zatem to po historię chciałbyś zapukać do drzwi Setsuny, bądź ostrożny. A ktoś pomyślałby, że tytuł, który narodził się na scenie niezależnej, powinien pod tym względem przodować. Japończykom brakuje chyba jednak odwagi na poziomie twórcy Undertale (o którym nigdy dość).Największy hołd klasykowi z „Chrono” w tytule złożono na arenach walki. Gdy zbliżysz się do przeciwników (tych uroczych pingwinków na przykład), drużyna ustawi się w znajomy sposób. Chwilę później paski ATB rozpoczną się wypełniać, a nostalgię będzie można ciąć nożem. Znajome techniki (X-Strike), znajome ujęcie kamery, tylko otoczenie troszkę inne. Można by się zastanawiać, czy ATB to odpowiedni system, ale po pierwsze chodziło o uchwycenie ducha Triggera, po drugie – już tak rzadko widzimy go w akcji, że wcale mi nie przeszkadzał.Nieszczególnie za to kręci mnie nowinka pod postacią Momentum, zachęcająca do odkładania ataków, wystawiania się na grad ciosów, by nasza akcja miała większą szansę na krytyczne obrażenia albo odpaliła specjalne umiejętności pasywne. Chcąc wyciągnąć z Setsuny wszystko, musisz przygotować się na trochę niejasnego grzebania w tabelkach. Wydawało mi się to wymuszone. Jeśli tytuł z jednej strony wynagradza refleks, po co za chwilę zachęca Cię do cierpliwości? Dlatego odpuściłem sobie próby wykorzystania nowego bajeru, stawiając na klasyczny sposób rozgrywki.Gra nie ukarze za to, chociaż może dlatego potrzebowałem czasem nieco dłużej pokręcić się po raz zaliczonej już lokacji, by nabić wyższy poziom. Ach, tak, Setsuna pozostaje wierna tradycji. Ostatni jRPG, jaki miałem przyjemność dla Was zrecenzować – Tokyo Mirage Sessions na Wii U – sprawiał, że ani razu nie żałowałem dodatkowych dwóch godzin w lochu przeznaczonych na tak zwany grinding (walka na siłę dla punktów doświadczenia). Ale po dodatkowej tarczy zegara w produkcji RPG Factory potrzebowałem przerwy na spacer. Setsuna ma małe lokacje, a to w połączeniu z odgórnym umiejscowieniem przeciwników bardzo szybko popada się w rutynę.

Czyli jak jest z tym systemem walki? No nie jest zły tak ogólnie. Bardzo klasyczny, niemniej takie miał przecież założenie. Potrafi znudzić przy normalnych potyczkach, ale wynagradza to nieco bardziej wymagającymi bossami, gdzie myśleć należy szybko i jeszcze szybciej wyciągać konsekwencje. Czy działa tak dobrze, jak działał w Chrono Trigger? Ha, pisałem, że developerzy mogli liczyć się z tak nieuczciwymi porównaniami. Nie, nie działa. Ale głównie dlatego, że Trigger jest lepszą grą (delikatnie rzecz ujmując).Największym atutem Setsuny jest w moich oczach jej oprawa. Prosty pomysł zakopania dość standardowego świata pod tonami śniegu to przecież strzał w dziesiątkę. Pielgrzymka bohaterów staje się dzięki temu namacalna, spójna. Gdy dziesiąty Fajnal przypominał film drogi, z kalejdoskopem barw i odcieni, tutaj każdy lasek, każda lodowa jaskinia lub mijana wioska – wszystko wygląda podobnie i ma tę samą atmosferę. Co rozumiem jako zaletę. Różnorodnych pozycji jest w gatunku aż nadto.I jeszcze raz to samo należałoby napisać o muzyce. Wiecie, że ścieżka dźwiękowa Tomokiego Miyoshiego w ponad 90% składa się z solowych partii fortepianu? Oznacza to spokojne, dość oczywiste melodie przy zwiedzaniu zaśnieżonej mapki świata (tak, jest mapka!), ale i niespotykaną szarpaninę klawiszy podczas walki czy kluczowych momentów fabularnych. Jak gdyby po koncercie orkiestry, którym zazwyczaj raczą nas wysokobudżetowe produkcje, skoczyć na chwilkę jeszcze do zatęchłego, jazzowego pubu i posłuchać zapalonego muzyka grającego już wyłącznie dla własnej satysfakcji. Po prostu bomba.Szeroko promowany motyw „eksplorowania smutku” sprawdza się zatem od nieco innej strony. To, czego spotykane postaci nie są w stanie obudzić w odbiorcy, skutecznie wychodzi mijanym wizytówkom wspieranym przez podlanego pianistę. Lokacje można było poszerzyć, zachęcić do wylizania każdej ściany. Podobna atmosfera nawet zasługiwała na nieco większy świat. Ale i korytarzowa struktura, z którą zostaliśmy, nie odbiera tego uroku.I Am Setsuna to dla mnie, koniec końców, delikatny zawód, kolejny w tym roku. Myślałem, że z wakacyjnego bloku japońskich role playów to właśnie ten tytuł wskażę jako lidera. A mogę jedynie po raz kolejny doradzić sporą ostrożność podczas rozważania zakupu. „Widziały gały, co brały”, czyż nie? Znasz już problemy, z jakimi się boryka ta produkcja – nałóż ich siatkę na klimatyczne zwiastuny, by zrozumieć, w co możesz się wpakować.Dodatkowo ma pewien problem, którym zajmuję się raczej rzadko w recenzjach – jest pieruńsko droga. Gdy to piszę, na Steamie stoi za czterdzieści eurasów. Zdecydowanie za dużo. Japończycy nie umieją chyba jeszcze w cyfrówki. Dlatego na sam początek upewnij się, że już zaliczyła jakąś letnią promocję.

Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (5)