Nie chciałem, żeby się kończyło.Brzmi wystarczająco dobrze, co? Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z najlepszą częścią "Gwiezdnych wojen" w historii, jak sugerowały pierwsze, klasycznie entuzjastyczne opinie. Ale serce tego uniwersum bije głośno w każdej minucie filmu. To nie ulega wątpliwości. I nie chodzi tylko o obowiązkowy repertuar z walkami na miecze świetlne i kosmicznymi bitwami na czele, nie chodzi o kupę rekwizytów i kultowe udźwiękowienie czy przepiękne pejzaże obcych planet, nie chodzi nawet o Luke'a Skywalkera, choć Mark Hamill ponownie udowadnia, że jest utalentowanym skurczybykiem - nie, chodzi przede wszystkim o rytm tego filmu, jego awanturniczego ducha, poczucie wielkiej przygody, które pojawia się w pierwszych minutach i pozostaje aż do napisów końcowych.Ta czysta, entuzjastyczna magia - przepraszam, Moc - pozostaje żywa. Samo to jest już dużym sukcesem, biorąc pod uwagę, że teraz "Gwiezdne wojny" dostajemy co roku. Od czasów "Przebudzenia Mocy" szaleńcza, podlana nostalgią ekscytacja zdążyła osłabnąć. "Ostatni Jedi" naturalną koleją rzeczy mają bardziej pod górkę niż siódma część, film musiał więc zrobić coś więcej niż tylko uciekać się do przepisania starego scenariusza.Częściowo mu się udało. Seans momentami przypomina jednak obstawianie wyników na wyścigach, gdy co rusz zastanawiamy się, czy w danej sytuacji fabuła pójdzie po linii najmniejszego oporu, czy jednak spróbuje nas zaskoczyć. Bywa różnie; jest lepiej niż w "Przebudzeniu", ale ostatecznie mam wrażenie, że analogii wciąż jest zbyt dużo. Pewnym pocieszeniem może być fakt, że twórcy z tych podobieństw korzystają z pełną premedytacją i czasami się nimi bawią. "Tani chwyt", mówi Luke, gdy R2-D2 w sentymentalnej scenie odwołuje się do przeszłości, i trudno nie odebrać tego jako metakomentarza, zdającego się uspokajać widzów: spokojnie, widzimy to. Wiemy, co robimy. Tak, ewidentnie wiedzą, potwierdzają to choćby ostatnie sekundy filmu, ale nie każdemu ich podejście przypadnie do gustu.Gdy jednak nie patrzy się na zbyt nachalne kalki z "Imperium kontratakuje" (czy nawet "Powrotu Jedi"), "Ostatnich Jedi" ogląda się zwyczajnie fantastycznie. Mówiłem o dynamice całej przygody, ale duża w tym też zasługa postaci. Każdy bohater nowej i starej ekipy - może poza Chewbaccą, który po wydarzeniach "Przebudzenia" zdaje się wyrwany z kontekstu - ma odpowiedni czas antenowy, perypetie każdego śledzi się z uwagą. Te mniejsze historie zdają się zresztą najskuteczniej oddalać fabułę od "Imperium kontratakuje". Najlepiej z nich wypada wątek Poe Damerona, bawiący się trochę koncepcją szarej moralności zapoczątkowaną w "Łotrze 1". Pamiętajcie jednak, że to wciąż zabawa, a film nie schodzi do ciemniejszych tonów prequela "Nowej nadziei" - nawet jeśli Luke Skywalker nie jest już tym samym, pociesznym rycerzem z fryzurą inspirowaną garnkiem.