Kolejne elementy odblokowuje się za podzielone na trzy kategorie punkty doświadczenia, które zdobywa się po prostu wykonując związane z nimi czynności jak ścinanie drzew, budowanie, uprawa i tak dalej. Przez to często biega się bez sensu i robi niepotrzebne rzeczy, żeby tylko odblokować kolejną technologię. A to wszystko kosztuje energię, czyli jedzenie, czyli pieniądze. Zresztą nawet po nauczeniu się czegoś nowego często okazuje się, że aby zbudować jakąś maszynę potrzeba na przykład desek, jakie zrobi się na pile, której się jeszcze nie odblokowało. To niby normalne, ale samo drzewko skonstruowane jest tak, że brakuje naturalnego postępu, a dodatkowo same technologie nie mają w opisie wymagań.Podobnie jest z wypełnianiem zadań dla okolicznych mieszkańców czy posuwaniem fabuły do przodu. Wszystko jest tutaj uzależnione od kalendarza w ten sposób, że powiązane z questami osoby zwykle są dostępne tylko w danym dniu tygodnia. Zatem jeśli, dajmy na to, inkwizytor zleci dostarczenie drewna do stosów, a grabarz nie wyrobi się w tym samym dniu, trzeba czekać okrągły tydzień. A przy natłoku dodatkowych czynności, jakie wymusza ta gra, łatwo o tym zapomnieć. Tym bardziej, że dziennik zadań jest mało intuicyjny i pokazuje tylko jedno zlecenie od danej postaci, a te mogą mieć dla grabarza kilka questów na raz.Jednak nie to jest największą bolączką Graveyard Keepera. Nie mam problemu z humorystycznym podejściem do śmierci, podobnie jak z tym poważnym, ale gra porusza tę kwestię zupełnie obojętnie.Jadłem kotlety z ludzkiego mięsa, czego bohater nie skwitował absolutnie niczym, choćby krótkim komentarzem. Zrobiłem sobie zbroję ze skór ludzi, których miałem pochować – znowu nic. Żeby cmentarz był wysoko oceniany, co jest potrzebne do awansu na wikarego, trzeba dbać o odpowiednią „jakość” trupów. Jeśli ktoś był dupkiem za życia, obniży ocenę, co obrazowane jest czaszkami. Czerwone – źle, białe – dobrze.Można tym manipulować wycinając z denata odpowiednie organy (oczywiście gra tego nie tłumaczy, trzeba na drugim monitorze mieć odpaloną wiki). No to bawi się człowiek w rzeźnika, bo nawet jak coś spartoli, to nie ma żadnych konsekwencji. Myk, truchło do rzeki i lecimy dalej. A że rzeka wpada do pobliskiego miasta? Wartki strumień zwłok najwidoczniej nikogo tam nie dziwi. W pewnym momencie całe miasteczko zajadało się ludzkim mięsem i nikt nawet się nie zastanowił, skąd nagle tyle się go wzięło.Do tego gra sprawia wrażenie niedokończonej. Część questów związanych z postaciami nagle się urywa, kiedy w końcu uda się zdobyć przepustkę do „wielkiego miasta”, bohater ginie porażony piorunem w momencie opuszczenia granic wioski, a zakończenie jest tak niesatysfakcjonujące, że gracz czuje się, jakby po tych wszystkich męczarniach napluto mu w twarz.I nic to, że mamy do czynienia z rzemieślniczym produktem, który działa i dobrze wygląda. Bo co z tego, skoro nie oferuje nic więcej, a na rynku są inne produkcje, jak Stardew Valley, Harvest Moon czy któryś z licznych klonów, przy których można spędzić czas lepiej.Bartosz StodolnyW śródtytułach wykorzystano fragmenty piosenki „Spokój grabarza” Elektrycznych Gitar