Gra, przy której spędziłem najwięcej czasu i dlaczego, i czy warto było szaleć tak [Klub dyskusyjny]

Gra, przy której spędziłem najwięcej czasu i dlaczego, i czy warto było szaleć tak [Klub dyskusyjny]
06.04.2019 14:30
Gra, przy której spędziłem najwięcej czasu i dlaczego, i czy warto było szaleć tak [Klub dyskusyjny]

Nasze największe fascynacje.

327385890739671865
327385890739737401
327385890739802937

Mam wrażenie, że przez to jakaś część tego, czym gry są i potrafią być mi umyka. Może teraz w Sekiro mi się uda z tym maksowaniem!!!

327385890739934009
327385890739999545
327385890740065081

Krzysztof Tomicz: Można serią? No to Cywilizacja. Gdzieś koło ojacieniemogę godzin - tak plus, minus. Po pierwsze, to strategia, więc zwyczajnie pożera czas niczym rdza konsumująca Poloneza. Po drugie - jakoś od dziecka chciałem być dyktatorem i akurat te gry mi na to pozwalała. Ha, pamiętam nawet siebie z dzieciństwa, próbującego ogarniać pierwszą część, jeszcze na Amidze. Myślałem, że jednostki buduje się, wchodząc w Civilopedię, która służy za taką bazę wiedzy na temat gry. No i żeby otworzyć tam cokolwiek, trzeba było zmienić dyskietki (gra była na czterech dyskietka 1.44 MB) - no i tak sobie produkowałem czołgi przez pół wieczoru, wahlując dyskietkami... aż w końcu zorientowałem się, że coś jednak te jednostki się nie pojawiają. Potem każdą chorobę w podstawówce na tej gierce spędzałem. Stare, dobre czasy.

ASSSia: Zawsze mnie fascynowała biblioteka gier mojego lubego. Pod względem liczby gier ma ułamek tego, co ja, brak nowości czy jakichś większych tytułów AAA, ale jak już do czegoś siądzie, to gra latami. Tysiące godzin w Crusader Kings II czy Stardew Valley, Towns, jakieś pociągi, Cywilizacja obcykana na wszystkie sposoby, zakurzone Port Royale. I wszystko to z modami, dodatkami, iteracjami td. Klasyczny PC-towiec, nie tyka konsoli, nie zbiera gadżetów, a jedyne tematyczne T-shirty sama mu sprezentowałam (chcąc nie chcąc, bo rzadko kiedy można dostać t-shirt w wersji damskiej). W moim podejściu do gier ujawnia się moje dziecięce ja, ale dalekie od tego, co reprezentuje moja córka (która wdała się w ojca i potrafi bawić się trzema zabawkami na krzyż non-stop, aż nie padnie z głodu): rzucam się na nowe tytuły w dniu premiery, nie czekając na zniżki, pogram chwilę, coś mnie wkurzy, zostawiam, wracam do innego tytułu, kasuję postęp, zaczynam od nowa, kupię sobie figurkę, spędzę godzinę na przekopywaniu się przez fanarty i headcanony. A czasami mnie najdzie i siedzę do rana nad jakimś tytułem, by zdobyć jedna skórkę, jak to ostatnio miało miejsce w Shin Megami Tensei, w którym trwał event związany z takim jednym slasherem.

Celem tego przydługiego wstępu jest wytłumaczenie, dlaczego żadna z moich gier nie ma na liczniku tysiąca godzin, mimo że gram codziennie, intensywnie i w ogóle kocham gry miłością nieprzytomną. Najpierw myślałam, że będzie to jakiś Skyrim albo inny Phantom Pain, lub Final Fantasy VII z czasów licealnych, w których spędziłam setki godzin, ale nie. Tam mam 200-400 h, ale nie więcej.

Jedynym wyjątkiem są dwa MMORPG, w które grałam kilka lat temu – Warcraft oraz Star Wars Online. Tam mam nabite tysiące godzin, ale to akurat nic dziwnego, bo inwestycja czasu stanowi rdzeń tego typu produkcji.

A ta grafika pojawiła się tutaj zupełnie bez powodu:

327385890740458297

Redakcja

Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (48)