Nie dołączę dziś do panteonu recenzentów, którzy wychwalają scenariusz pod nordyckie niebiosa. Dołączę za to do grona naprawdę mocno zaskoczonych. Osobiście uwielbiam to, jak na naszą niemłodą już branżę wpływa coraz częstsze rodzicielstwo jej twórców. To znowu echa "Drogi", kontynuacja toposów The Last of Us albo (świeższy przykład) "Logana". Historia podróży, narodzin bliskości, rzecz o dojrzewaniu do obu ról w tej nietypowej parze, jaką jest rodzic i dziecko. Zwłaszcza gdy ojciec stertą bandaży na rękach próbuje ukryć przed potomkiem niewygodną przeszłość.Jeżeli miałbym wskazać element istotnie "genialny", byłaby to namacalność dialogów. Bez silenia się na literackość. Bez zgadywania, "jak w takiej sytuacji" wypowiedziałoby się dziecko. Bez wymuszonej ekspozycji. Wreszcie, żeby nawiązać do początku tego tekstu, bez plastikowego silenia się na rozbudowywanie samych rozmów. Na dziesiątki pytań Atreusa Kratos odpowie po prostu chłodno "nie wiem". Wierzę w nich. Od początku do końca.Gdy do tak mocnych ról dochodzi sensowny zbiór postaci drugoplanowych (choć żarty z pedantycznego krasnala szybko zaczynają wychodzić bokiem), a wszystko wrzuca się do przemyślanej klamry fabularnej - bo tak naprawdę żaden to wielowątkowy moloch, tylko zgrabna, konkretna, intymna nawet opowieść - to ogólnomedialne pochwały przestają dziwić. Nie możemy zapominać o kontekście groteskowej serii, z jakiej ta narracja wyrosła - właśnie w nim God of War jest rewolucyjny. Posłuchajcie, jak to brzmi: "God of War zaangażował mnie na poziomie emocjonalnym". Nie będę wędrówki Kratosa i Atreusa wspominał z tak trudnym do wypowiedzenia zachwytem, jak rok wcześniej odkrywania istoty człowieczeństwa w drugim Nierze, ale to naprawdę solidna fabuła. Z kilkoma momentami, które bez problemu przyspieszą bicie Waszego serca.Współczesna gra AAA bez chociażby namiastki otwartego świata? Kratos na urlopie ograł trylogię Arkham i odświeżone Tomb Raidery (proszę - wachlarz skojarzeń jest w tym momencie już zamknięty), wie, jak zachęcać do węszenia po wszystkich kątach. Znacie strukturę, na której postawiono mroźny Midgard: duża, przestrzenna lokacja w środku i kilkanaście mniejszych, nadal zachowujących iluzję "otwartości" miejscówek dookoła. Część zwiedzicie w ramach głównego wątku, część (i to chyba nawet większą) schowano za kotarą zadań pobocznych.Nie macie żadnej wymówki, by nie poświęcić im czasu. Bohaterowie przypominają regularnie, że warto zboczyć z kursu. Uwierzcie im. To jedna z tych podróży, gdzie jej proces liczy się bardziej niż finał. Inaczej będziecie narzekać, iż całemu doświadczeniu czegoś zabrakło (walk z bossami chociażby). To nieprawda. Po prostu sporo atrakcyjnych momentów przemycono na drugi plan. Żeby dodatkowe aktywności nie nudziły jak w grach Ubisoftu. A całość zajęła ponad trzydzieści godzin solidnego szarpania.Pierwszy God of War z myślą o tej generacji konsol. Chyba nawet nie myśleliście, że pod względem oprawy coś mogło tutaj nie zagrać. Przepiękne oraz, wbrew temu, co zobaczycie na zdjęciach, mocno zróżnicowane miejscówki. Przepotężna ścieżka dźwiękowa (jakimiś dziwnymi sztuczkami perfekcyjnie zgrana z wydarzeniami na ekranie). Bardzo wyraźne barwy głosów wszystkich aktorów (nie miałem jednak serca włączyć rodzimej lokalizacji, wybaczcie) z barytonowym Kratosem Christophera Judge'a na czele. Oraz prze...starzała konsola, która to wszystko nieco dusi.God of War działa co prawda na bazowym modelu PS4, jednak w wielu momentach syczy złośliwie "weź wymień już tego rzęcha". Lubi się zakrztusić, zaskoczyć rozmazaną teksturą czy ekranem ładowania, którego z pewnością nie planowali deweloperzy. Zrozumcie mnie dobrze - to pierwsza liga, bezdyskusyjnie. Ale też sygnał, że pod względem gier na wyłączność preferowana jest już "półgeneracja".Umarł bóg, niech żyje bóg. Nie mam zamiaru czarować, że każdemu wielbicielowi marki taki romans z nordycką mitologią podpasuje z miejsca. Z drugiej strony - nie wszyscy nowi fani wyciągną przyjemność z nadrabiania dawniejszych odsłon. Wiemy, jakie jest ryzyko diametralnych zmian. Mnie jako osobie, która czuła przesyt God of Warem takim, jaki był przez niemal dekadę swej egzystencji, świeży kierunek zupełnie odpowiada. Na Polygamii mamy zaś ten komfort, że ocena maksymalna oznacza po prostu "tak, trzeba w to zagrać". I uważam, że trzeba. Nawet jeśli najpewniej tym "idealnym" "Bogiem wojny" według nowej konwencji będzie... kontynuacja. Nasza branża jest jeszcze ciekawsza z takim Kratosem.