Sanders zrezygnował z czołobitnej adaptacji klasyka. Na pierwszy rzut oka podąża tym samym wątkiem - zabójcza pani cyborg na rządowej pensji wpada na trop wybitnego hakera (dlaczego Kuze w miejsce Mistrza Marionetek?), dzięki któremu zada sobie kilka pytań o istotę człowieczeństwa. Niektóre - słowo to pragnę podkreślić - niektóre sceny zostaną odtworzone jeden do jednego (przede wszystkim mój ukochany pościg w slumsach), ale w innej kolejności oraz z odmiennego powodu. Najważniejsza wariacja zaczyna się już w rysach postaci wiodącej. Major z anime jest przede wszystkim cyborgiem, nawet jeśli pod wymiennymi blachami kryje się rzeczywisty, wciąż działający mózg. Major z filmu powinna być cyborgiem, ale nie potrafi zapomnieć o ludzkiej przeszłości - pod postacią glitchy wracają do niej wspomnienia z "pierwszego" życia. Gdy zatem ta pierwsza zaintrygowana była hakerem z pobudek filozoficznych, ta druga najbardziej pragnie "odzyskać siebie".Wiąże się to z innym rozwojem scenariusza i, rzecz jasna, dość heretyckim zwieńczeniem, którego zdradzić tutaj nie mogę. Wspomnę tylko o robo-pająku, bo budzi w widzach jakąś niezrozumiałą dla mnie wesołość, a przecież z takowym w anime Major także musiała stanąć do nierównej walki. Krytyka powinna się skupić raczej na beznadziejnie rozrysowanym głównym złym. Ale może tylko ja powtarzałem oryginał przed tym seansem. "Ludzka" odsłona bohaterki Scarlett oznacza więcej intymnych scen - jak ta, w której z namaszczeniem ogląda niedoskonałości skóry wynajętej prostytutki - oraz inne relacje z resztą obsady. Filmowy Batou (Pilou Asbaek) nadal walczy z testosteronem, ale to dobry chłopak (bo przecież karmi bezdomne pieski), zawsze skory do pomocy. Etycznie dwuznaczna doktor Ouelet (w sumie zmarnowana Juliette Binoche), dzięki której Major istnieje w obecnej formie, stanie przed wyborem między rolą matki a obowiązkami naukowca. W szefa Sekcji 9. wciela się zaś Takeshi Kitano. I tak, to wystarczy. Sam fakt, że udało się go zwerbować, szczególnie z taką fryzurą, mi odpowiada. Zastanawialiście się, czy Sanders wyciągnie z niego choć zdanie po angielsku?W efekcie dostajemy twór "stojący blisko", ale nie pełnoprawną adaptację. Dużo grzeczniejszy, bardziej poukładany, zwyczajnie rozpisany na trzy akty i - a co się będziemy - głupszy. "Ghost" wykorzystuje wiele ogranych elementów ze świata filmu, które anime zupełnie ignorowało, do tego boi się najbardziej rozpoznawalnych zagrywek ze swojego źródła. W miarę postępu akcji coraz mniejsze znaczenie ma już, o co tak naprawdę chodzi, coraz większe zaś, jak ślicznie można to przedstawić. Zwolennicy współczesnego kina akcji muszą jednak przygotować się na staromodny podziw do zwolnionego tempa, co w erze współczesnych technosensacji trąci już myszką. Chociaż rozumiem - mieli Scarlett Johansson. Swoją drogą, czy to nie dziwne, że cyborg stworzony do roli maszyny wojennej ma tak wielkie... atrybuty?