Ze słuchawek leci muzyka, jaka robiła karierę przeszło 40 lat temu na dyskotekach, a w mroku przygrywają rozgrzane, skierowane w naszą stronę lufy. Jeżeli możecie dla tego klimatu zrobić coś jeszcze to chyba tylko zgasić światło i, jak ja, wcisnąć na uszy zestaw słuchawkowy z obsługą przestrzennego dźwięku 7.1. Pomimo widocznej dziury budżetowej, udało się stworzyć rzecz potencjalnie atrakcyjną dla fanów osadzonego w przeszłości science fiction. Szkoda tylko, że Generation Zero działa tak dobrze tylko przez parę godzin…Gatunkowo jest to survival z fabułą. Bardziej nawet chodzi tu o śledzenie historii, niż o przeżycie, bo też o kolejne apteczki czy strzykawki z adrenaliną (pozwalają uratować się, gdy nas zabiją w czasie walki) wręcz potykamy się po wejściu do każdego następnego budynku. Jasne, nasz heros nie jest szczególnie odporny na ołów, ale też nie wszystkich w drodze do kolejnych celów musimy zabić. Nieco rozczarowuje natomiast forma opowiadania historii. Pierwsze godziny śledzi się z zaciekawieniem, gdy cały czas biegniemy niczym osioł za marchewką – by znaleźć innych ocalałych.Czujemy więc potrzebę parcia naprzód, gdy w kościele na ścianie znajdujemy komunikat, że ocalali poszli do tamtej wioski. Tylko na miejscu okazuje się, że poszli jeszcze dalej. W lokacjach potykamy się wręcz o talerze z napoczętymi ziemniakami i smażoną kiełbasą (a gdzie klopsiki?), które sugerują, że pewnie wybiegli stamtąd w pośpiechu i jeszcze parę minut, a ci wymarzeni towarzysze nareszcie się zjawią… I co? Guzik.Nagle prowadząca nas po sznureczku nitka zaczyna się rozdzielać i zaczyna się zabawa w poszukiwanie kolejnych baz wojskowych, w zastanawianie się czy mając quest typu „zabij 10 przeciwników” gra każe mi zabijać tych przed schronem czy raczej biegające we wnętrzu mechaniczne pajęczaki, wreszcie zabawa w spawnowanie się nieraz 500 (!) metrów od celu... Cóż, cele misji nie tylko bywają niejasne, przy okazji są też dość nudne. A dość zgrabnie uporządkowana całość rozchodzi się nagle w szwach i gra zaczyna zwyczajnie męczyć.Zwłaszcza, że taki smętny schemat niespecjalnie jest czymś przełamywany. Jasne, czasami włączamy na chwilę myślenie, bo też nie wszystkie lokacje wskazywane są nam palcem i rozglądamy się, gdzie do cholery jest ten właz albo prowadzące dalej karty bezpieczeństwa. Potem na chwilę uniesiemy brew, gdy natkniemy się na opcjonalny składzik amunicji, a klucz do niego będzie lekko tylko wystawał spod wycieraczki. Głównie jednak biegamy tam i z powrotem po mapie. Pojazdów natomiast brak... choć nie, w sumie to są, ale interakcja z nimi kończy się na otwarciu bagażnika i zebraniu zapasów...Teren do zwiedzenia jest natomiast ogromy, skutkiem czego pod koniec zabawy miałem już zrobione na własnych nogach dosłownie kilkaset kilometrów (i nie jest to żadne wyolbrzymienie, gra zlicza to w statystykach). I to w grze z opcją szybkiej podróży, choć ta, nadmieńmy, funkcjonuje dość przeciętnie. Na część tego biegania składały się oczywiście przymusowe powroty do baz, gdy wykonywałem akurat odległą od nich misję, więc coop z opcją podnoszenia kompanów trochę poprawia sytuację...