Gdyby nie Commodore 64 nie byłbym graczem. Powspominajmy razem ten genialny komputerek

Gdyby nie Commodore 64 nie byłbym graczem. Powspominajmy razem ten genialny komputerek05.08.2012 12:12
Gdyby nie Commodore 64 nie byłbym graczem. Powspominajmy razem ten genialny komputerek
marcindmjqtx

Ostatnia rocznica wzbudziła we mnie zalew wspomnień związanych z komodorkiem. Przeszukałem nawet dom, strych i piwnicę w nadziei odnalezienia tej maszynki, ale poszukiwania nie przyniosły efektu. Chcąc inaczej podsycić ogień nostalgii, zapytałem redakcyjnych kolegów o ich najmilsze wspomnienia i ulubione gry. Okazało się, że 20 lat temu pewnie byśmy się nie lubili...

Starsi gracze dokładnie pamiętają "uprzejmości", które wymieniali między sobą posiadacze C-64, Atari i Amigi. Wojny fanbojów może i są teraz, dzięki internetowi, widoczne jak nigdy, ale miłość do swojego ukochanego komputerka już dawno wiodła ludzi na barykady. Dokładnie opisał to zresztą Bartłomiej Kluska w jednym z odcinków "Opowieści z krypty".

Okazuje się, że w obecnej redakcji, jedynym, pełnoprawnym ex-Commodorowcem jestem ja. Paweł Winiarski z sympatiami się nie kryje, więc mailową odpowiedź na moją prośbę o wspomnienia zatytułował w duchu, ówczesnych czasów:

"Commodore co się smucisz, ze wsi jesteś, na wieś wrócisz"

Doskonale wiecie, że za młodu byłem czynnym, zatwardziałym Atarowcem, który podśpiewywał pod nosem prześmiewcze piosenki skierowane w stronę zarówno komputera Commodore 64 jak i jego użytkowników. Pamiętam coś o powrocie na wieś - oczywiście Commodore'owcy nie byli dłużni i twierdzili, że moje Małe Atari nadaje się jedynie do kopania ziemniaków. Takie to były czasy, trzeba było twardo stać po którejś stronie barykady, nikt nie wyobrażał sobie nawet, że na świecie są ludzie, którzy mają oba komputery w swoim domu. Jak się jednak kiedyś okazało, Commodore 64 posiadała w domu moja żona i choć dziś nie gra praktycznie w nic, to doskonale pamięta zabawę (wespół z młodszym bratem) w Giana Sisters i którąś z części Spy vs Spy ("tam takie szczurki chodziły"). Kontakt z C64 miałem niewielki, ale nie znaczy to wcale, że nie poznałem mocy turbo i tajemnej sztuki ustawiania głowicy magnetofonu za pomocą śrubokręta. To potrafiło naprawdę zirytować - ale wzbudzało zazdrość każdego Atarowca. Niby mieliśmy specjalny cartridge z turbo, ale przynajmniej ja nie umiałem go odpowiednio wykorzytać - chyba nie do końca pamiętam już czemu. Ha, regulowanie głowicy to było coś. Mając kilka lat i dłubiąc śrubokrętem w magnetofonie czułem się, jak skrzyżowanie chirurga z hakerem. Przed "operacją" zawsze też odprawiałem swoje rytuały, jak wybranie odpowiedniego narzędzia, przedmuchanie śrubek czy upewnienie się, że zgromadzona wokół telewizora publiczność będzie mogła docenić fachowe miny, które będą towarzyszyły powiększaniu i pomniejszaniu obrazów ścieżek. Potem pozostała jeszcze odrobina psychodelii fundowanej przez ekran wczytywania gry:

I można było znów zanurzyć się w świecie gier wideo. Na przykład w Barbarian, grze, która utkwiła w pamięci Tomka Kutery:

Tak się składa, że prywatnie nigdy nie miałem C64, więc żaden ze mnie znawca. Pamiętam jednak, jak kiedyś brat pożyczył ten sprzęt od kolegi. Był dla mnie trochę za trudny do obsługi (nie chodziłem wtedy nawet jeszcze do szkoły), więc i tak wolałem swojego Pegasusa. Pamiętam jednak bardzo dokładnie jedną grę - Barbariana.

Ze swoim firmowym odcinaniem głów wydawała mi się wtedy straszliwie brutalna, to nie było to samo co kolorowe, NES-owe produkcje. Trochę się jej bałem i zamiast grać, wolałem obserwować, jak robi to starszy brat. Swoją drogą, to jedna z tych marek, których powrót w dzisiejszych czasach mógłby naprawdę zabawny, jeśli tylko udałoby się oddać specyficzny, kiczowaty klimat tamtych czasów (ile ostatnio widzieliście gier o barbarzyńcach w samych slipkach?). Marcinowi Jankowi granie na Commodore nie kojarzy się zbyt miło.

Raz po szkole, podstawówka, byłem u kumpla na komodorcu. pograliśmy chwilę, zebrałem się do domu ale ktoś zamknął drzwi wyjściowe w budynku (blok), w którym mieszkał mój ziom. popłakałem się bo się bałem, że zostanę tam na noc na korytarzu. znalazł mnie jakiś gość, który też wychodził z budynku i powiedział, że to są drzwi do piwnicy, a wyjściowe są po drugiej stronie korytarza, 5metrów dalej, oczywiście otwarte. nigdy więcej nie miałem ochoty grać na komodorcu. Ktoś pomoże zidentyfikować jego ulubioną grę?

U kuzynów grałem w jedną taką grę, w której avatar pozostawiony sam sobie na 2 minuty robił siku. Miałem wtedy 10lat, bawiło mnie to przez kolejne 5 Paweł Winiarki ma na szczęście godną pozazdroszczenia pamięć i nie wykręcał się przy prośbie o podanie trzech ulubionych gier z C-64:

Last Ninja 2 zawsze kojarzyło mi się z jednym z moich ulubionych filmów z młodości - Amerykańskim Ninja. Sporo walki, kilka prostych zagadek i kilka momentów, w których można bylo się naprawdę konkretnie zaciąć. A trzeba Wam wiedzieć, że dostęp do solucji był wtedy naprawdę ograniczony i dopiero interwencja właściciela C64 pomogła mi kontynuować zabawę. A muzyczny motyw przewodni pamiętam do dziś.

IK+ było praktycznie tym samym, co International Karate na Atari. Jeśli miałbym wybrać ulubioną bijatykę, byłaby to właśnie ta seria, dlatego bez zastanowienia sprawdziłem wersję na C64.

I na dobrą sprawę jedyną różnica jaką pamiętam, to bardziej soczyste kolory. Tak, wtedy też były multiplatformowe tytuły. A frajda z zabawy z drugim graczem? Jak zwykle bezbłędną. Pamiętam taką jedną zabawną sytuację związaną z zabawą w ten tytuł - przegrałem z bratem dwukrotnie, coś we mnie pękło i chciałem go lekko uderzyć dżojstickiem, spróbować go tym rozkojarzyć. Byłem 3 lata młodszy, mniejszy, słabszy. Wystarczył mocniejszy ruch, a razem z dżojstickiem i krzesłem wylądowałem na podłodze. Bolało bardziej niż tamte dwie wirtualne przegrane. Nigdy mu tego nie wybaczyłem.

Teenage Mutant Ninja (Hero) Turtles to dość dziwne doświadczenie z C64 - gdybym miał wymienić z pamięci jedną grę, która najbardziej kojarzy mi się z tym komputerem, byłyby to właśnie Żółwie. Ale możecie mnie torturować, a wciąż wizualnie będzie mi się ten tytuł mieszać z drugą, dostępną między innymi na Amidze i Atari ST, częścią.  W przeciwieństwie do innych gier z popularnej serii o wojowniczych stworzeniach, tu chodziło mniej o walkę, a bardziej o elementy platformowe. Dobrze to czy źle, trudno jednoznacznie ocenić, ale frajdy było sporo. Trochę irytowała brzdąkająca tu i ówdzie melodyjka, ale czy fan Wojowniczych Żółwi Ninja mógl wyobrazić sobie lepszą przygodę  związaną ze swoimi ulubionymi bohaterami? Nie mógł.

International Karate trafiło również na moją listę TOP 3. W okresie fascynacji Karate Kidem i serialem "Partnerzy" z Ernie'em - karateką w roli głównej nie mogło być inaczej. Jeśli za dżoje złapało dwóch graczy, IK zmieniało się w grywalnościowego potwora i tylko rodzice mogli wygonić nas sprzed telewizora. Do dziś pamiętam śliczne tła, muzykę i to, jak dziecięca wyobraźnia urozmaicała proste animacje ciosów. Heh...

Jednak bezapelacyjnie najwięcej czasu tak wtedy, jak i dziś spędzam na wirtualnej piłce nożnej. I choć rozumiem, że osiedlowe turnieje w Sensible Soccer obrosły w kult, to w moim rankingu SWOS nie miał startu do Microprose Soccer.

Do dziś pamiętam, że w zasadzie jednym sposobem na strzelenie bramki było uderzenie piłki "rogalem" z rogu pola karnego, a każdy mecz był właściwie walką o przedostanie się w to "święte" miejsce. Jeśli komuś udało się wpakować piłkę do siatki inaczej, nie daj boże przewrotką, z automatu zostawał wybrany jednodniowym mistrzem. Nie musze chyba dodawać, że grając w Microprose Soccer każdy nucił sobie pod nosem muzykę z animowanych przygód Tsubasy Oozory, prawda?

Na ostatnim miejscu mojego podium stawiam serię Rick Dangerous. I zastanawiam się przy okazji, czy nie jest to świetny kandydat, do odświeżenia jej w jakiś sposób. Pewne elementy Spelunky, bardzo przypominają mi tamtą produkcję.

Wyrzućmy z gry ciągłe śmierciu, zamiast losowych plansz, zaprojektujmy ciekawe lochy i voila. Rick Dangerous robił na mnie wrażenie zarówno bogatą w szczegóły i zróżnicowaną oprawą, jak i pomysłowymi pułapkami, które czekały na gracza. Jeśli dziś mówimy, że Uncharted czy Tomb Raider to wirtualne odpowiedniki Indiany Jonesa, to 20 lat temu na to miano z pewnością zasługiwał Rick.

Wspominanie o Commodorku zawsze sprawia, że zalewa mnie fala bardzo przyjemnych uczuć. Wcześniej miałem jeszcze jakieś Atari, ale dopiero C-64 na dobre rozpaliło we mnie miłość do gier wideo. Zaczęło się kupowanie kaset, wymienianie gier ze znajomymi, polowanie na kolejne numery Secret Service. Tak, im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonany, że to właśnie ten sprzęt uczynił ze mnie gracza. Dowód? Nie potrafię przypomnieć sobie ani jednej słabej gry na Commodore - wszystkie były genialne.

Jeśli znajdziecie chwilkę, to podzielcie się swoimi wspomnieniami z tamtych czasów. Historiami związanymi z grami, z odkryciem opcji autofire na dżojstiku, preferencjami dotyczącymi mikrostyków. Ożywmy na moment tamtą epokę, co?

Maciej Kowalik

327135262353872938
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (0)