Dziwna też sprawa była, gdy chciało się już pod koniec jamu iść do toalety. Każdy dostawał specjalną opaskę (pomimo że i tak już byliśmy wyposażeni w identyfikatory), żeby przejść do innej części budynku, w której równolegle akurat miało miejsce otwarcie sezonu wyścigów konnych. Organizatorzy podkreślali ważność owej opaski i aż się zaczęłam zastanawiać, czy byliby w stanie nie wpuścić kogoś z powrotem, gdyby tę opaskę w jakiś sposób stracił…Zbliżaliśmy się już do końca. Nasz zespół się w międzyczasie uszczuplił – z dwóch programistów pozostał jeden – i w minutach poprzedzających ostateczny deadline w pośpiechu kompilowaliśmy z naszej gry krótki materiał wideo. Potem, gdy całe napięcie zeszło i nic już nie dało się więcej zrobić, słuchaliśmy wywiadu poprzedzającego ogłoszenie zwycięzców. Na temat poszczególnych kategorii nagród wypowiadali się Rock i Rojo, rzucając na przykład stwierdzeniami typu, że nie bardzo wiedzą, jak wygląda robienie gier multiplayer, ale podejrzewają, że jest o wiele trudniejsze niż praca nad grami singlowymi. No super.Godzina 13. Nagrody. Na scenę wychodzi pan prezenter. Pod sceną siedzą jamerzy, którzy przetrwali. Mikołaj Pawłowski, przewodniczący jury (i CEO Juggler Games), ogłasza po kolei wygrane gry. Skrępowani zwycięzcy są zapraszani na scenę i zmuszani do prowadzenia nieco niezręcznego dialogu z prezenterem. Niektóre tytuły wywoływały autentyczne zaciekawienie i entuzjazm, inne – śmiech, jak na przykład cudownie komiczna gra o stereotypowym Polaku, który między innymi dowiaduje się, że będzie miał dziecko i w związku z tym ucieka od odpowiedzialności. Tak, gameplay polega też na tym, że żona i mąż odbijają sobie nawzajem dziecko.Swoją drogą gra, która wygrała, wygląda naprawdę super. Zrobiły ją tylko dwie osoby! Nazywa się Honey Beats.Skala pieniędzy przeznaczonych na samych zwycięzców robiła wrażenie. Pula nagród turnieju esportowego w CS:GO finansowanego przez Lotto wynosiła 70 tysięcy złotych, ale i kwota za najlepsze gry była zawrotna. Za główne miejsce zwycięzcy zdobyli 60 tysięcy złotych brutto. Za drugie i trzecie – po 15 tysięcy. Trzecie miejsce wyjątkowo długo stało na scenie bez żadnego czeku i w tamtym momencie zaczynałam bardzo realnie podejrzewać, że właśnie nie dostali nic. Wręczono też sześć nagród w oddzielnych kategoriach, za które zwycięskie zespoły otrzymywały po 5 tysięcy złotych.Mój kolega nazwał Game Jam Square „najgorszym jamem, na jakim był” (a w jamach bierze udział regularnie) i zwierzył mi się, że czuł się jak małpka w cyrku. Zauważył też z żalem, że przedstawiciele mediów dostawali od organizatorów torby z fantami, a już jamerzy nie. Dla nas (byłam tam jako uczestnik jamu, nie dziennikarz) były kubki i koce, ale to od Lotto, które współfinansowało event. I faktycznie, też odniosłam wrażenie, że uczestnicy zdawali się być tam przede wszystkim po to, żeby stanowić dobre tło medialne, mające na celu wzmocnienie pewnego przekazu. Nie miało się poczucia, że to impreza dla nas – byliśmy tam, żeby spełnić marketingową funkcję. Najzabawniejszą i najbardziej trafną metaforą wydarzenia jest zdjęcie przedstawiające premiera spoglądającego z góry, z dystansu, na skupionych na pracy uczestników.Nie zmienia to faktu, że jamy są super. Zachęcam do udziału, zwłaszcza, że często za wstęp nie trzeba płacić. I mogę sobie na Game Jam Square narzekać, ale i tak moich wspomnień, nowych znajomości, które zawiązałam, czy niesamowitej, kreatywnej radości, jakiej się doznaje tworząc coś tak ekstra jak działającą grę, z czymś, co tam się rusza, skacze, robi rzeczy, które urodziły się w twojej własnej głowie – tego nikt mi, że tak powiem, nie zabierze. Gorąco polecam jamy. Game Jam Square też, bo podobno za rok też wróci, ale z przymrużeniem oka na pewne jego organizacyjne decyzje i otoczkę.