Była. Odbyła się. Zrodziła mieszane odczucia. Kto? Oczywiście - Gambleriada. Po raz kolejny agencja Greit zorganizowała w Warszawie targi gier komputerowych. Jak zwykle też patronował im miesięcznik inteligentnego gracza "Gambler". Tradycyjnie już tłum dzieciarni przeprowadził szturm na wejścia o niskiej przepustowości, zaś błyszczące oczy kidsów świadczyły o typowej dla Gambleriady gorączce gierczenia. Tegoroczne targi były jednak inne niż zazwyczaj. Zacznijmy jednak od początku...Po zeszłorocznej Gambleriadzie wśród polskich dystrybutorów zapanował nastrój pesymizmu. Zastanawiano się, czy targi takie są rzeczywiście niezbędne, czy powinny odbywać się dwa razy do roku (wiosna i jesień), czy też można z nich swobodnie zrezygnować i promować gry w bardziej tradycyjny sposób. Wszak powierzchnia wystawiennicza jest droga, a zyski ze sprzedaży programów w czasie trwania wystawy niskie. Przecież są jeszcze Katowice, Poznań, jest Cyberiada w Łodzi, są i inne okazje do zaprezentowania nowych gier szerokiej publiczności. Zresztą - czy w dobie Internetu i kompaktów z demami dołączanych do prawie każdego czasopisma jakiekolwiek pokazy nowości mają jeszcze jakikolwiek sens? Tego dystrybutorzy nie wiedzieli.Gracze wiedzieli, czego chcieli. Chcieli Gambleriady w Warszawie, gdzieś blisko, nie na wygwizdowie Służewcu czy w gorącej niczym mikrofala hali Mery. Chcieli nowych gier, rozdawanych za darmochę dem i koszulek, pragnęli spotkać się z twórcami programów i poprztykać na sprzęcie, o jakim po nocach marzyli. Konsensus był dziwny. Niby nie było wiosennej Gambleriady, niby zrezygnowano z tradycyjnej formuły targów na rzecz jednej (jesiennej) edycji rocznie, lecz mimo to impreza growa w wiosennej Warszawie się odbyła. Rozwiązanie iście salomonowe - gracze mieli gry, dystrybutorzy mieli koszty, tylko nazwa inna.Nastała jesień i w "Gamblerze" pojawiły się zajawki jesiennej Gambleriady 1999. Odbyć się miała późno - w połowie listopada, a więc w okresie, gdy szkoła pędzi już na złamanie karku, jest zimno, a na zachodzie sezon premier przechodzi właśnie fazę szczytu. Termin nienajlepszy i podobno wymuszony. Agencja Greit nie zdołała zebrać odpowiednich środków na wynajem coraz droższego budynku przy Torze Wyścigów Konnych na Służewcu i postawiła zainwestować w coś mniejszego, a zarazem bliższego centrum. Padło na budynek Warszawianki przy ulicy Merliniego, a ściślej przy Puławskiej - jakieś dwadzieścia minut jazdy od dworca Centralnego (jeśli się wie, jak jechać). Trzeba powiedzieć, że lokalizacja ta była dobra - raz, że łatwo było do niej dojechać, dwa, że wreszcie nie trzeba było nosić lodówki ze sobą, gdyż temperatury wewnątrz były przyzwoite, trzy, że na brak przestrzeni i ciasnotę nie można było narzekać.Greit zkaszanił też jeszcze jedną sprawę - nie przemyślał "alokacji" wystawców. Intel do spółki z LEM-em wykupili większą część dostępnego miejsca i po dołożeniu standów Gamblera, Topware, sklepów internetowych (w tym Wirtualnego Sklepu WP) oraz sławetnego turniejplatzu zrobiło się krucho z miejscem. Mirage, CD Projekt i paru innych, ważnych wystawców otrzymało propozycję wystawiania się "gdzieś w pobliżu", z której honorowo nie skorzystało (a ile mnie trudu kosztowało, by od takiego jednego pana tą informację wydrzeć). W związku z tym z Gambleriady zrobiła się InteLEMoniada, co targami ciężko było nazwać. Wróćmy jednak do problemów z czasem.Termin "połowa listopada" prócz kilku wad miał też jeszcze jedną zaletę. Pierwszy dzień targów przypadał na piątek, 12-ego, a dziwnym zrządzeniem losu był to dzień wolny od pracy. Szkoły odpracowały go w terminie późniejszym, część zakładów pracy nie funkcjonowała, zaś szczęśliwi studenci jak zwykle mieli labę. Nic więc dziwnego, że i ja pchnąłem się na targi tego właśnie dnia.Budynek przy Merliniego - komunistyczny, szary klocek - widać było już ze sporej odległości. I to nie za sprawą olbrzymiego napisu "G A M B L E R I A D A" wydrukowanego na olbrzymich rozmiarów kartkach papieru uczepionych u jego dachu. Widoczność tą zapewniały liczne autobusy, miniusy, gimbusy i inne super-kuper-busy ustawione w równym rządku przed halą targową. No i koleja - na dobrą godzinę stania. Dziwiąc się ludziom, którzy odważnie stawali na samym jej końcu, szarpnąłem się na wycieczkę do przodu, by sprawdzić, czy "wpuszczają". Wpuszczali. I to jak! Przez jedne drzwi szerokości niecałego metra! Najpierw do kasy, potem z biletem do kanarów, a dopiero później na pokoje. Nic dziwnego, że niemal od razu (ku uciesze ochrony) pękła szyba, a jakaś przerażona nauczycielka wycofała swą wycieczkę z powrotem do szkoły. Postałem trochę. Było wesoło. Ochroniarze rozwalali luzactwem podpalając fajki coraz to młodszym gówniarzom, którzy zaciągając się później paradowali z uśmiechem w tą i nazad przed kolejką. Wewnątrz co chwila kotłowało się - a to komuś zabrakło drobnych, a to ktoś nie miał portfela, a to ktoś wszedł za zupełną darmochę (kumpel kogośtam) i inni protestowali. Zrezygnowany tym wszystkim udałem się do wejścia dla wystawców. Uformowała się przed nim skromna, na oko stuosobowa kolejka liczących, iż także i tu będą wpuszczać. Na razie jednak wypuszczano monitory, komputery, stoliki i cukierki (!) w dużej ilości. Jakiś litościwy pan zobaczył moją legitymację dziennikarską i pozwolił i przemycić swe ciało pomiędzy jednym sprzętem a drugim... Byłem w środku!Tłum był wielki. Wielki i zdegustowany. Zabrakło Gralni! Tłumy młodych chłopców przewijające się z kąta w kąt nie bardzo miały co robić, gdyż dostępnych komputerów było może dwadzieścia (!). Nie było też rozdawnictwa papierów, jakże popularnego podczas wcześniejszych edycji targów. Było za to schludnie, czysto, miło i nie śmierdziała Telepizza - pod tym względem organizatorom należą się co najmniej gratulacje.Turniejplatz zgromadził mniejszą publikę niż zazwyczaj - może dlatego, że i miejsc siedzących było mniej? W każdym razie emocji było wiele. Konkurs "NHL 2000" stał na wysokim poziomie, a mecze oglądało się z wypiekami na twarzy. Wokół uwijali się redaktorzy "Gamblera". Frogger co chwila spotykał jakichś znajomych, Kristoff do spółki z R.O. udzielali pomocy zagubionym turniejowiczom, co robił Alex, nie mogę (na jego życzenie) napisać. Wszyscy byli bardzo zajęci i chyba jako jedyni dbali o to, by na targach każdy dobrze się bawił.W biurze prasowym niemiła niespodzianka - nie będzie konferencji prasowych! Tak więc jedyny kontakt z Wielkimi polskiej sceny growej odbywał się poprzez tłum i przepychanie się w nim. Dotarłem do Rafała Walczowskiego z Nekrosoftu, autora "Rezerwowych psów". Był zadowolony, acz chyba nie do końca rozpoznawany przez kręcących się graczy. Być może byli za młodzi na sex, narkotyki i majora, co się nazywał Major (aluzja do "Paragrafu 22"). Widziałem też chyba Adriana Chmielarza, acz dość szybko zginął za jakimiś wyrostkami, a ja, unieruchomiony dwoma kajtkami w czapkach i szalikach Legii, nie zdołałem dogonić go i sprawdzić, czy aby nie jest fatamorganą. Byli wreszcie ludzie od "Earth 2150".Jeśli już zacząłem wymieniać pogłowie osobistości obecnych na targach, to nie wypada zapomnieć o samych wystawcach. A ci - nie zawiedli. Mocna ekipa Topware (o Warszawie wypowiadali się per "wygwizdów", nic dziwnego, wszak w Bielsku-Białej wiatr zawraca i gwizdu nie ma), pan Turski z LEMu obnoszący się ze spolszczonym "Rally Championship" (na targach stał też prawdziwy wóz rajdowy!), szacowne prezydium Cody promujące świetną , klasyczną przygodówkę "Simon The Sorcerer 2", wreszcie osobnicy odpowiedzialni za IPS CG to tylko część branżowców, których zdołałem wyślipić. Nowością giełdową była inwazja internetowców. Nie mówię tu tylko o stoisku Polboxu (mieli na oko metr kwadratowy powierzchni!), na którym to promowano st(r)onkę http://games.polbox.com. Chodzi mi o sklepy internetowe - rzeczy tak mocno związane z grami, że aż słonie w Indiach kły potraciły. Ich prezentacja wypadła marnie - większość kompów obsiadły dzieciaki i miast kupować, ile wlezie, zaczęły odważnie wędrować po internecie. Dwóch gości spod ściany zgrało skądziś "Quake 2" i pogrywało weń radośnie (choć co chwila myszka im padała), gdzieś ktoś ciągał cracka do dema "GTA 2", paru chłopców cieszyło się z uroków bezwstydnych pań na www.whitehouse.com , jakiś malczik dokonywał zwiadu "Strefy Gier". Rozmawiałem z reprezentującym Wirtualny Sklepik ( http://www.ws.pl ) Sinem - potwierdził, iż tłumu po prostu nie dało się opanować...Sporo ludzi było też "na przecenach". Otóż okazało się, iż można w Rzeczpospolitej Gambleriadowej kupić gry po cenach więcej niż śmiesznych. Wyobraźcie sobie "Realms Of The Haunting" za 15 zł (4 CD!), "Zork: Grand Inqiuistor" (2 CD) i "Biosys" za 19 zł! A to tylko wyjątek z oferty niezwykle atrakcyjnych przecen. Wystarczyło jeden tytuł wrzucić do koszyczka i już się bilet zwracał.Tego, co powinno być najważniejsze na targach, to jest premierowych tytułów - było niewiele. Wypatrzyłem:Driver - samochód w wielkim mieście. Najdokładniejsza symulacja ruchu miejskiego, jaką widział świat. Światła na skrzyżowaniach, policja na ogonie, mosty, tunele, kawiarenki na poboczu. Poezja!;Gorky 17 - polski przebój targów niewiadomego gatunku (RPG? Akcja? Przygoda?). Metropolis po raz kolejny udowodnił, że umie pisać świetne, choć trudne gry; Indiana Jones & Infernal Machine - czyli słynny archeolog bawiący się w Larę Croft. Wyglądał strasznie ślamazarnie i poruszał się pppoooowooooliii...;Legacy Of Kain: Soul Reaver - konsolowy przebój mający w Polsce wielu dozgonnych zwolenników. Mroczne TPP z skrzydlatym mutantem w roli głównej przyciągało jednak niewielu chętnych i z dorwaniem pada nie miałem problemów;Rally Championship - niezły rajd w stylu "Colin McRae Rally", świetnie spolszczony, w dodatku przez prawdziwych pilotów rajdowych!!! Od razu wiedziałem, że ten właśnie tytuł doceni targowe jury; Rayman 2 - kapitalna platformówka (w stylu "Super Mario 64") oblegana przez dzieciaki od rana do wieczora. Baśniowa grafika, świetne trójwymiarowe światy, sympatyczny bohater - czego chcieć więcej?;Soldier Of Fortune - strzelanina fpp, w której gracz wciela się w bojownika o wolność naszej i waszej Ziemi. Ulepszony silnik "Quake 2" jest naprawdę ładny;Unreal Tournament - sieciowy przebój targów, jedna z najbardziej oczekiwanych produkcji roku 1999. Kapitalna grafika, tona fragowania, świetny design poziomów. Jedyny konkurent dla "Quake 3 Arena";Wheel Of Time - strzelanina fpp w gotyckich klimatach, ładna graficznie i na pierwszy rzut oka dość trudna, nie znałem klawiszy i mnie ubili :(.Targi wygrał "Rally Championship". Decyzja Jury została ogłoszona w sobotę wieczorem, gdy zwiedzający opuścili już halę. Wybór ten należy ocenić jak najbardziej pozytywnie. Gier godnych uwagi na Gambleriadzie było sporo, jednak to produkt LEMu (a kogo innego - pisałem już, że mieliśmy do czynienia z InteLEMoniadą) stanowił Wydarzenie przez duże W. Wszystko dzięki profesjonalnemu, polskiemu tłumaczeniu, nad którym pracowali Maciej Wisławski, Martyna Wojciechowska i Roch Siemionowski. Brawa! Miłośnicy ocenania gier według ich właściwej wartości, nie zaś skali wydarzenia, jakie sobą reprezentują, będą ukontentowani następującą informacją. Otóż w sobotę tuż przed zakończeniem targów spotkałem C(w)alineczkę, byłego redaktora Secret Service, dziś zakotwiczonego w Krupikowym Clicku. Przeprowadzał on na swój prywatny użytek skromną ankietę dotyczącą najlepszej gry ostatnich lat. Wśród gier obecnych na Gambleriadzie zdecydowanie dominował Driver.Podsumowując tegoroczną edycję targów raz jeszcze stwierdzić muszę, iż nie były to targi typowe. Z jednej strony zabrakło większości dystrybutorów, nie było też zwyczajowych ton papierzysk rozdawanych na lewo i prawo (acz bitwy o demo-wersje i mousepady toczyły się jak za starych dobrych czasów), zabrakło spotkań z twórcami, Gralni i atmosfery wielkiego święta. Z drugiej strony - nie było upału, a w sobotę i niedzielę - tłoku. Do gier w weekend naprawdę można się było dopchać, ściągania panienek z netu nikt (poza "super" serwerem) nie utrudniał, zaś ceny niektórych gier po prostu powalały. Czy zatem były to targi udane? Cóż - nie były złe...I oby jeszcze kiedyś się powtórzyły, czego Wam i sobie życzy wyżej podpisany Joel.
Gambleriada 1999
Gambleriada 1999