Kolega tworzy mi postać. Potem zostawia mnie na głównym rynku z drewnianą maczugą. - Zejdź do kanałów i bij szczury - mówi. No dobra, ma to sens. W końcu gram w RPG-a, tutaj każda epicka przygoda zaczyna się od walki ze szczurami. Schodzę do kanałów, odpalam pochodnię i zaczynam. Wbijam drugi poziom, trzeci. Wracam na rynek i podchodzę do gościa, który pisze, że "sell hatchet 30gp". Kiedy za ciężko zarobione grosze ze szczurów kupuję swoją pierwszą broń od innego gracza, czuję... satysfakcję? Na pewno coś dziwnego. W końcu przeprowadziłem właśnie transakcję z zupełnie obcą osobą z innej części świata. Może powinienem mu podziękować? Zapytać o pogodę? A może zacznę z tym kimś gadać, wymienimy się doświadczeniami i zawiążemy piękną, wspaniałą przyjaźń? Tyle możliwości. Jest rok 2003 i ten wirtualny kontakt z drugim człowiekiem jeszcze zadziwia takiego gnojka jak ja.Dwa dni później koledzy z osiedla prowadzą mnie do kafejki internetowej mieszczącej się w piwnicach wyszkowskiej parafii św. Wojciecha. Półmrok rozcieńcza dziesięć monitorów z Tibią; grają nasi rówieśnicy i trochę starsi "chłopacy". Gdy przechodzę przed ekranami, oczy otwierają mi się cholernie szeroko. Widzę miecze, które płoną, jakieś kolorowe, elfickie polany, zbroje wyglądające jak najlepsze przedmioty w grze. Pal licho, że to tylko brzydkie, pikselowate sprite'y, plamki na monitorze. Dla mnie, gościa na szóstym czy siódmym poziomie, który od dwóch dni biega po wyspie dla nowicjuszy i z jakimś patykiem w garści zabija węże na bagnach, to autentyczne bogactwo. Wgapiam się w te przedmioty jak w prawdziwe sztabki złota. Ba, myślę, że nawet jakby ktoś tam wtedy postawił najprawdziwszą sztabkę złota, gdzieś między pożółkłą klawiaturą i butelką czerwonej Heleny, nie zrobiłaby na mnie takiego wrażenia jak Fire Sword w wirtualnej ręce kafejkowicza.Jeden z tych bardziej doświadczonych gości pyta znajomego, takiego Rafałka, który zawsze był trochę osiedlowym cwaniaczkiem, czy robił już quest u królowej Carlin. Moja ekipa nadstawia ucha. Quest u królowej Carlin? Pierwsze słyszymy. Wiemy tylko, że Carlin to jedno z trzech miast, do których teleportujemy się po wbiciu ósmego poziomu i opuszczeniu Rookgardu (wyspy nowicjuszy). Rafałek ma już ten ósmy poziom i biega właśnie zagubiony po głównym kontynencie gry. Mówi, że nie, nie robił tego questa.- No to dawaj, to zawsze na początku się robi. Chodź, cię zaprowadzę.Chłopak zaprasza Rafałka do party - czyli chce utworzyć z nim drużynę. Rafałek akceptuje i idzie za jego bohaterem po ulicach miasta, które po malutkim Rookgardzie przytłacza nas swoim rozmiarem. Po jakiejś minucie ich dwuosobowa drużyna faktycznie dociera do pałacu i staje przed niewyraźną postacią, która pełni funkcję królowej miasta. Patrzymy na to wszystko zafascynowani, zebrani w półokręgu przed stanowiskiem Rafałka, wdychając delikatną stęchliznę kościelnej piwnicy. Podczas drogi chłopak z kafejki wytłumaczył nam, że za ten quest dostaje się Plate Armor.- Musisz teraz schować wszystkie swoje rzeczy do plecaka, bo to królowa i nie można nic mieć przy sobie, jak się z nią rozmawia - tłumaczy. Rafałek chowa zatem katanę, Scale Armor, paręset monet dobytku i inne rzeczy do plecaka. - No dobra, a teraz stań przed królową i napisz "hail the queen". No, przez Q, i potem U, E, E i N. A teraz "ass you", ass przez dwa S. No. I enter.Wszyscy mrugamy w jednym momencie, bo na ekranie pod postacią Rafałka wybucha nagle krótki ogień, który zabiera mu prawie wszystkie punkty życia. Ostał się jeden. Ale tylko przez chwilę, bo zaraz zabiera go ten koleś z kafejki; jest z Rafałkiem w party, więc może go bezkarnie uderzyć w plecy. Cała akcja trwa jakieś 2-3 sekundy, po czym Rafałek już nie żyje, a chłopak z kafejki zabiera właśnie z jego ciała plecak, do którego Rafałek wcześniej włożył wszystko, co miał. Nigdy nie lubiłem Rafałka, ale wtedy nawet było mi go szkoda. Śmierć w Tibii to nie przelewki. A taka to już w ogóle.Nie mamy nawet za bardzo odwagi wjechać na tego starszego gościa, więc po prostu śmiejemy się nerwowo z całej akcji, że nieźle nas wrobił. Rafałek albo mruczy coś tam pod nosem, albo zaciska usta. Twarz ma całą czerwoną - i ze złości, i ze wstydu. Wszyscy jednak przyznajemy, że to był naprawdę dobry numer, no, no, ładnie, bo kto by niby pomyślał, że do królowej Carlin nie można pisać brzydkich słów, inaczej strażnicy sprowadzą twoje życie do 1 HP? Na pewno nie my. Ale już wtedy zastanawialiśmy się, kogo wrobimy przy najbliższej okazji...- Frajerska rasa Tibii - tak zwykliśmy potem mawiać, gdy grę mieliśmy już w małym palcu. - Jeśli chcesz przeżyć w tym świecie, to musisz zaakceptować frajerską rasę Tibii.A sposobów na udupienie drugiego gracza zawsze było dużo. Mogłeś kogoś zastawić w wąskich tunelach i zaczekać, aż zabiją go potworki. Za pomocą liny mogłeś sam "zlurować" jakieś silne bestie z niższego piętra lochu. Z kolei gdy sprzedawałeś przedmiot innemu graczowi, mogłeś w jego miejsce podstawić coś, co wygląda podobnie i jest bezwartościowe, a na miniaturce nie wzbudza podejrzeń nabywcy. Nieuważni się nabierali i za trzydzieści tysięcy monet mogli kupić coś, co nie jest warte nawet stu. Królowały fałszywe Blue Robe'y i Bright Swordy.Czasem to ty zrobiłeś kogoś w konia, a czasem sam byłeś ofiarą. Coś takiego jak "Elementarz tibijskiego krętacza" spokojnie mogłoby zostać napisane i mieć przy tym kilkadziesiąt stron zwartego tekstu. Lekcje ze skutecznego dymania tibijczyków zdecydowanie mogłyby być udzielane na osiedlowych audytoriach przy trzepaku. Spokojnie można by nakręcić tibijskie "Ocean's Eleven".Tyle sposobów, by wykochać drugiego gracza od góry do dołu, na najróżniejsze sposoby, nie wspominając już nawet o bezceremonialnym zabiciu go na jakimś pustkowiu. Życie w Tibii bywało brutalne, ale człowiek szybko przyzwyczajał się do tego survivalu i uczył się brudnych reguł gry - jeśli nie po to, żeby wrabiać innych, to żeby samemu przeżyć. Niby gra się po to, żeby uciec od prawdziwego świata, ale Tibia często przypominała nasze młodociane życie, gdzie wpierdziel albo chamski żart mogły być tuż za rogiem bloku. Z tą różnicą, że Tibia była bardziej bezlitosna. Wirtualna śmierć potrafiła bowiem wpędzić w stan depresyjny nawet na kilka dni. Ale wtedy zawsze mogłeś znaleźć pocieszenie u kolegów, którzy w którymś momencie, bliższym lub dalszym, przeżywali dokładnie to co ty.Bo widzicie, Tibia była przystępna. Każdy gówniarz z osiedla, który miał komputer z ziemniakiem zamiast karty graficznej, mógł ściągnąć bezpłatnie tę brzydką grę i zanurzyć się w jej ogromnym świecie. Ten świat z kolei mógł nie być specjalnie piękny czy odkrywczy, ale wystarczyło, że działał, oferował jasny zestaw reguł i że przebywał w nim co drugi chłopak, którego mijało się na szkolnym korytarzu. Do tego był czymś nowym. Internet w tamtym okresie stawał się już powszechny, ale wciąż pachniał świeżością i niezbadanym potencjałem. Nagle z ziomkami mogłeś nie tylko pograć w gałę czy pójść "na domofony", ale też leczyć ich, gdy walczyli ze smokiem albo kupić wspólnie guild house.O, to było coś. Ten guild house. Stworzyliśmy gildię i złożyliśmy się złotem na naszą siedzibę. To był duży, kilkupiętrowy budynek nad wodą, położony na północ od Carlin i zachód od Ab'Dendriel. Chyba. W głowie utrwaliło mi się przede wszystkim to niepodrabialne uczucie wolności, dumy i "bycia na swoim". Kij z tym, że byłem tylko gimbusem grającym w bardzo brzydką grę komputerową. To był mój guild house, kupiony za ciężko zarobione fikcyjne pieniądze. Miałem tam swój pokój, mogłem kłaść rzeczy i przestawiać meble. Mogłem wejść do guild house'u i czuć się najbezpieczniej. Tutaj nie był w stanie ruszyć mnie ani żaden potwór, ani gracz. Jakoś bardzo krótko mieliśmy tę siedzibę, nie pamiętam już dlaczego, ale nigdy nie zapomnę, że przez jakiś czas była po prostu nasza.Nie będzie też pewnie przesadą, kiedy powiem, że w pewnym momencie żyliśmy Tibią. Kiedy w nią nie graliśmy, siadaliśmy na parapecie przy klasie albo pod klatką jak prawilne chłopaki z osiedla i dyskutowaliśmy o wszystkim, co z Tibią związane. Kto z kim prowadzi wojnę na serwerze, gdzie najlepiej expić, jak najszybciej wbijać skille, co teraz robimy, kto nas ostatnio zabił, kogo ostatnio zabiliśmy, gdzie idziemy na potwory, co kupiliśmy, za ile, w którym mieście najlepiej mieszkać i dlaczego w Ab'Dendriel, którą broń najlepiej kupić, jakich czarów najlepiej używać. Potrafiliśmy wstawać o szóstej rano w weekend, żeby zająć miejscówkę do wbijania levela.Masę czasu spędzaliśmy też na kafejkach - nawet jeśli nie graliśmy, to patrzyliśmy, jak inni grają. Była taka jedna pięć minut od osiedla. Jej właściciel miał z czterdzieści pięć lat i młócił jak zły w World of Warcraft. Pamiętam go jako wąsatego loladina. Miał córkę, która czasami grała z nim, choć bardziej niż podbijanie raidów, interesowało ją przebieranie swojej czarodziejki. Nas z kolei interesowała tylko Tibia. WoW był zbyt elitarny.Z kumplami, i wyszkowskimi, i wirtualnymi, przeżywałem najróżniejsze tibijskie przygody, ale na kumplach zarobiłem też swoje pierwsze w życiu pieniądze. Takie prawdziwe, sygnowane przez polskich królów, co się je wkłada do portfela. Chyba nie miałem jeszcze wtedy portfela, ale byłem zadziwiająco przedsiębiorczy. Ilekroć widziałem na serwerze, że ktoś sprzedaje jakiś przedmiot trochę poniżej jego standardowej ceny, natychmiast go kupowałem. Wędrowałem po miastach, ubijając kolejne deale, a potem od razu próbowałem sprzedać dany przedmiot komuś innemu o 5-10 tysięcy drożej. Po tej standardowej cenie.W taki sposób dorobiłem się małej fortuny, mimo że wojownik był ze mnie cherlawy i level zawsze miałem dosyć smutny. W pewnym momencie lwią część gry spędzałem, nabijając w spokoju poziom magiczny (trzeba było po prostu rzucać czary oraz dużo jeść) i przeglądając tablicę handlową w poszukiwaniu okazji. Co ciekawe, nikt mnie tego nie nauczył. Ta smykałka do interesów była wynikiem jakiegoś dziwacznego biznesowego instynktu, który nawiedził mnie chyba z kosmosu, bo nie dostrzegam go w sobie już od co najmniej dekady.Dylogia Zamkniętych Drzwi: