Adam: Widzieliście może kiedykolwiek “500 dni miłości”? Bo tym dla mnie, w ogromnym uproszczeniu, jest Florence. Odczuwalnie “niezależną” opowieścią o budowaniu i trawieniu związków, podaną w sposób delikatny, ulotny, z piękną muzyką, zabawami formalnymi, wystarczająco “życiowo”, by przełamać barierę na linii “tekst kultury - odbiorca”. Bawi, nasyca, wzrusza.Chociaż oczywiście - w przeciwieństwie do filmu, zmusza do zaangażowania w tok narracji. Czy można opowiedzieć oklepane raz jeszcze tak, by zaangażować? Czy można “przy okazji” zrobić to bez użycia słów? Można, Asiu?Joanna: Można i trzeba. Są takie historie, klasyczne, a nawet więcej - pierwotne - które wymagają powtarzania wciąż od nowa. Które uwielbiamy przeżywać wciąż od nowa. To chyba jest gdzieś w szpiku. Florence właśnie o tym jest, o zbliżaniu i oddalaniu, fluktuacji ludzkich relacji. Wzrusza mnie do żywego jej delikatność pozbawiona kiczu. Bo ja osobiście nie cierpię melodramatów, komedii romantycznych i wielkich historii o miłości. Unikam ich jak ognia, nad lirykę przedkładając wykrzykiwane emocje Punishera (tego serialowego, netfliksowego, który mnie zauroczył).Adam: Archetyp opowieści o związku. Ten prawdziwy, nie taki, który potem ekranizuje się ze Stuhrem i Karolakiem, by wrzucić do kin na kilka tygodni przed świętami Bożego Narodzenia. Wcale nie opowiadany jakoś nowatorsko, jeśli byśmy grę traktowali jak tradycyjną narrację, ale - przyznajmy - dość nietypowymi metodami. Wydaje mi się, że najlepszym, mniej “spoilerowym” przykładem są tutaj “dialogi”. Prosta minigierka, mówiąca więcej niż perfekcyjnie napisana lub odegrana rozmowa. Na bardzo “podstawowym” poziomie. Niemalże intuicyjnie.