Za kółkiem nie towarzyszy nam wrażenie prowadzenia kilkutonowego potwora. Bo co to za potwór, który nawet w terenowej wersji nienaturalnie wybija się na takich nierównościach jak tory kolejowe czy krawężnik? Z drugiej strony po kraksie potrafi wystrzelić w kosmos wrogi pojazd. Ale tylko wtedy, gdy ten pędzi przed nami. Unieruchomione na trasie wraki w jakiś nieuzasadniony sposób nabierają masy, zamieniając się w głazy nie do ruszenia, nawet gdy uderzymy je na dopalaczu. Na porządku dziennym są tu też salta czy fikołki, po których auto spada na cztery koła i jedzie dalej. O ile więc samo sterowanie nie wypada źle i pokonywanie kolejnych zakrętów jest nawet okej, tak esencja FlatOuta, demolka, prezentuje się blado. Nigdy nie mamy pewności co do tego, czy przeciwnik, którego chcemy zepchnąć z drogi, nie zepchnie przypadkiem nas. I to nie w wyniku swojej przebiegłości, a nieobliczalności fizyki zderzeń i - tym samym - zdarzeń.Jednocześnie gra zmusza do tłuczenia we wszystko, co ma cztery kółka i się rusza. Inaczej nie zdobędziemy paliwa do dopalacza. Bez którego nie dogonimy czołówki wyścigu. Co prowadzi do kuriozalnych sytuacji w środku stawki, gdzie jadąc optymalnym torem jazdy nie jesteśmy w stanie dogonić pierwszej trójki. Nie mamy jak zdobyć dopalacza, po drodze nie ma power upów. Jedyne co pozostaje, to liczyć na błąd kogoś z przodu (czasem się zdarzają), albo zwolnić i czekać na kogoś z tyłu, żeby przy ich pomocy napełnić stosowny zbiornik. Ale psotna fizyka nie zawsze nam na to pozwala.To przywiązanie FlatOuta do klasyki gatunku bywa przewrotne, bo dzięki niemu gra okazuje się też zaskakująco trudna. Nie ma tutaj opcji przewinięcia akcji o kilkanaście sekund w tył. Dzwon w drzewo tuż przed linią mety naprawdę oznacza, że przegraliśmy i trzeba całość powtarzać od nowa. Nieudany najazd na wroga to też cenne sekundy w plecy, które nie tak łatwo potem nadrobić. Zbyt dużo kraks potrafi z kolei zupełnie zniszczyć nasz pojazd. Dobrze chociaż, że w składających się z kilku tras turniejach można powtarzać konkretne wyścigi, a nie trzeba zaczynać całości od początku, jak np. w WipEoucie. Ale i tak emocji jest aż nadto.Przeciwnicy są agresywni i potrafią dać w kość, nie sposób się przed nimi obronić. Potrafią wpaść w nas z impetem od tyłu, a wtedy jest już pozamiatane. Brakuje mi tutaj tego, co było w pierwszych FlatOutach - zabawy fizyką, przepychanek bok w bok, spychania z trasy. Tam, czy w Burnoutach, w tym chaosie na trasie była metoda, miejsce na jakąś taktykę. Tutaj jest po prostu demolka, podobna do rozbijania przez dziecko resoraków. Nie ma w tym głębszego sensu, a sama radocha z widocznego na ekranie rozgardiaszu też na dłuższą metę okazuje się wątpliwa.