Taka wiązka może na przykład sprawić, że cel (oczywiście żywy) zachorowałby na chorobę popromienną lub wzrosłoby u niego ryzyko wystąpienia nowotworu. Oczywiście ekstremalna dawka mogłaby doprowadzić do śmierci nawet w ciągu kilku minut, ale wygenerowanie jej byłoby niezwykle kosztowne. Pocisk wystrzelony ze współczesnej broni palnej zadziała znacznie szybciej i będzie o niebo skuteczniejszy.Granaty błyskowe czy hukowe nie są niczym niezwykłym w grach wideo i większość militarystycznych strzelanek posiada jakąś formę tego gadżetu. Nie inaczej jest też w Rainbow Six Siege, w którym jedna z operatorek, Ying (Ćma), posiada specjalny rodzaj takich granatów. Candela działa na podobnej zasadzie, co standardowy ładunek oślepiający, ale zamiast jednego rozbłysku generuje ich kilka w krótkim odstępie czasu. Daje jej to znaczną przewagę nad innymi operatorami, a w połączeniu z resztą drużyny jest w stanie przeprowadzić szybki i skuteczny atak, nie dając obrońcom szans na reakcję. Według danych Candelę można stosować również jako minę, a całe urządzenie zbudowano w oparciu o magnez i rtęć.„Flashbangi” kojarzą się nam głównie z oddziałami specjalnymi, które używają ich podczas akcji uwalniania zakładników. To jak najbardziej słuszne skojarzenie, bowiem to właśnie do wyposażenia brytyjskiej jednostki specjalnej SAS (Special Air Service) weszły jako pierwsze. Komandosi potrzebowali czegoś, co na kilka sekund wyłączy napastników z walki, nie raniąc przy tym zakładników. Właśnie, z tym nie ranieniem nie jest do końca tak, jak to ukazują gry czy ogólnie popkultura.Granat ogłuszający to typowy granat zaczepny, który podczas eksplozji generuje minimalną ilość odłamków. Wszystko dzięki otworom w skorupie, przez które wydobywa się dźwięki i błysk - sam korpus pozostaje nienaruszony. Nie zmienia to jednak faktu, że sam proces eksplozji wytwarza ciepło, co może doprowadzić do poparzenia lub pożaru, o czym boleśnie przekonali się komandosi SAS podczas operacji Nimrod. Akcja polegała na uwolnieniu pracowników irańskiej ambasady w Londynie. Podczas operacji użyto „flasbangów” do rozbrojenia przeciwników, ale w wyniku eksplozji w jednym pomieszczeniu wybuchł pożar. Od tamtej pory zaczęto przykładać większą wagę do tego jak i gdzie używa się takich granatów, co oczywiście podczas działań polowych nie zawsze jest możliwe do przewidzenia. Inne zagrożenie to częściowe lub nawet całkowite uszkodzenie słuchu bądź wzroku, ale tylko wtedy, gdy cel znajduje się zbyt blisko miejsca eksplozji.Ładunek wybuchowy składa się z dwóch materiałów - metalu reaktywnego i utleniacza - których waga nie przekracza zazwyczaj 4,5 grama. W odróżnieniu od standardowych granatów te ogłuszające eksplodują nie dzięki detonacji a deflagracji, czyli powolnemu rozkładowi materiału wybuchowego, rozprzestrzeniającego się z prędkością mniejszą od prędkości światła w danym ośrodku. Proces ten jest bardzo gwałtowny i znacznie bardziej „widowiskowy” niż w przypadku standardowego spalania materiału wybuchowego - deflagracji towarzyszą iskry (czasem nawet płomienie) i efekt dźwiękowy. Wszystko to dzięki materiałom deflagrującym, z których zostało wykonane wnętrze granatu; metal reaktywny to zazwyczaj magnez (granat Ying też go w sobie posiada), a rolę utleniacza pełni nadchloran amonu. Na lekcjach chemii w liceum na pewno spaliliście opiłki magnezu - płomień był niebieski, a samemu procesowi towarzyszyło wytwarzanie się białego światła i charakterystyczne skwierczenie.Za co z kolei odpowiadałaby rtęć, której rzekomo użyto do stworzenia Candeli? Przede wszystkim w żadnym wypadku nie nadaje się jako substytut metalu reaktywnego - rtęć nie jest palna, a podczas wystąpienia pożaru wydziela bardzo silne toksyny. Znacznie bardziej prawdopodobne wydaje się wykorzystanie soli kwasu piorunowego i rtęci (rtęć piorunującą) właśnie jako materiału inicjującego wybuch. Iidealnie nadaje się do zastosowania w granatach ogłuszających, których siła wybuchu powinna być z zasady mniejsza. Energia wybuchu uzyskiwana z jednego kilograma piorunianu rtęci (II) to półtora megadżuli. Z takiej samej ilości prochu bezdymnego, wykorzystywanego przy produkcji naboi, uzyskamy aż 2,8 megadżuli.Candela przedstawiana jest jako zamknięta całość - brak otworów na wydostanie się błysku i dźwięku - więc podczas eksplozji zamiast snopem światła zasypie przeciwnika gradem odłamków. Fakt, nie będzie to też zbyt silna eksplozja, ale wytworzy bardzo dużo ciepła, więc powstałe odłamki będą jeszcze niebezpieczniejsze. Istnieje jednak powód, dla którego granat wygląda w taki a nie inny sposób. Główną zaletą gadżetu używanego przez Ying jest to, że wybucha seriami, zalewając przeciwników falami światła, co normalnie jest trudne do osiągnięcia, bo jednak większość współczesnych konstrukcji oferuje tylko jednoetapowy wybuch. Najprawdopodobniej Candela to po prostu ładunek kasetowy, w którym znajdują się mniejsze granaty odpalane jeden po drugim za pomocą zapalników sterowanych jakimś układem automatycznym. Teoretycznie jest to możliwe do zrobienia, ale koszt takiego grantu (a zwłaszcza tego układu odpowiedzialnego za sterowanie eksplozję ładunków we właściwej kolejności) jest zbyt wysoki, by armia była nim zainteresowana. Jednostki specjalne lub prywatni odbiorcy pokroju firm ochroniarskich (najemnicy) mogliby być zainteresowani Candelą, ale używany byłyby na tyle rzadko, że trzeba by zadać sobie pytanie o sens takiego urządzenia.W Split od polskiego studia Woodland Games (tytuł będzie miał swoją premierę w tym roku), który łączy w sobie elementy gry logicznej rodem z Portala i stylistykę przypominającą Control, czyli nowe dziecko Remedy, przenosimy się do wnętrza systemu odpowiedzialnego za kontrolowanie ludzkich potrzeb. Po co zatrudniać pracowników fizycznych skoro wszystkie aspekty naszego życia może kontrolować system? Główny bohater gry (haker, jakże by inaczej) wyposażony jest w specjalny miotacz cząstek, który wysyła informacje do konkretnych podzespołów tego systemu, by łatwiej było mu się po nim poruszać. Informacje te mają formę wiązek światła i błyskawicznie oddziałują ze wszystkimi przełącznikami.Przekazywanie informacji za pomocą światła nie jest niczym nowym i wykorzystuje się to obecnie w światłowodach. Transmisja danych odbywa się poprzez wysłanie odpowiednio zmodulowanego (zmodyfikowanego) sygnału, którego źródłem może być laser albo dioda LED. Mogło się Wam obić o uszy, że światłowód działa dzięki wykorzystania zasady całkowitego wewnętrznego odbicia. Jak wynika z optyki geometrycznej (a konkretnie prawa Snelliusa), każdy promień świetlny padający na granicę dwóch ośrodków rozdziela się na promień odbity i załamany. W światłowodzie, chcąc zachować “cały” promień, wykorzystuje się odpowiednie zmiany współczynnika światła, zapobiegając tym samym wydostawaniu światła przez ścianki. Jednak w światłowodach jednomodowych (obecnie tych najbardziej powszechnych, ponieważ umożliwiają przesyłkę danych na dalekie odległości) światła nie rozpatruje się jako promień, a falę. Stosowanie praw optyki geometrycznej ma sens tylko wtedy, gdy światłowód jest szeroki i wykorzystuje się go do przekazywania danych na krótkie odległości.Mimo że mówimy tutaj o rozchodzeniu się światła to w światłowodzie wcale nie porusza się ono z prędkością “c” (około 300000000 metrów na sekundę), a jedynie 200000000 metrów na sekundę. Co za różnica - powiecie - skoro to i tak bardzo duża prędkość? Zgadza się, ale przesyłanie danych z prędkością zbliżoną do prędkości światła (najlepiej byłoby z większą, ale Szczególna Teoria Względności wyklucza jej przekroczenie) umożliwiłoby nam budowanie szybszych, bardziej wydajnych komputerów i komunikację na niespotykanym dotychczas poziomie. Słyszeliście o splątaniu kwantowym?