Nie spodziewałem się tego w ogóle, a jednak pierwszemu seansowi "Gwardii Królewskiej" (tytuł stosować będę naprzemiennie z oryginalnym, gdyż wieść o oficjalnym tłumaczeniu dotarła do mnie późno i mocno teraz zgrzyta) towarzyszyła chłopięca ekscytacja. Prawdopodobnie nawet nie najbliższymi dwoma godzinami, jakie miałem spędzić przez telewizorem - bo na limitowany rzut do kin nie możemy, niestety, liczyć - a myślą, która je poprzedziła: oto zaczyna się doświadczenie, na które czekałem ponad dekadę.Miałem piętnaście lat, gdy zobaczyłem zwiastun Final Fantasy Versus XIII. Przez dziesięć lat wypełnionego rezygnacją oczekiwania konkretnych wieści na temat gry zdążyłem: całkowicie odejść od jRPG-ów oraz do nich wrócić, bogatszy w wiedzę o wszystkich omijanych wcześniej gatunkach, jak gdybym ze studiów do domu rodzinnego przyjechał. A teraz "piętnastka" naprawdę czai się za winklem. Gotowa wyskoczyć lada moment, krzyknąć "oto jestem!". Na kolana bynajmniej nie padnę. Square Enix musi dużo udowodnić nie tylko finalowcom - na grę patrzy czujnie cały świat. I każda składowa tej gigantycznej premiery - a więc również pełnometrażowy film - zasługuje na rzetelną analizę.Związek japońskiej korporacji z filmami jaki był, każdy pamięta. Spektakularna porażka "The Spirits Within" powaliła Square na kolana, by doprowadzić do fuzji z Enixem, wcześniej raczej solidną konkurencją (prawdziwa historia wyglądała nieco inaczej, ale pozostawmy ją w najpopularniejszej wersji). "Advent Children" miało nieszczęście uczestniczyć w Kompilacji Final Fantasy VII - inicjatywie, które doszczętnie wyniszczyła kultowe uniwersum "siódemki". A przy okazji było fatalnym filmem, jeśli ocenialiśmy je jako film właśnie. Nietrzymające się logiki, plujące na legendę, cholernie efektowne (oraz efekciarskie), a do tego, co ciekawe, stojące na technologicznym szczycie swoich czasów. Seans mógł powalić, ale wyłącznie przy założeniu, iż na ekranie leci dwugodzinny teledysk lub dziełko najbogatszych fanów kina akcji z czasów, gdy "Matrix" nadal był hip. Fragmenty "fabularne" można było przewijać (i naprawdę się to robiło!), by ulepszyć przeżycia.O nieszczęsnej kontynuacji życiorysu Clouda szczególnie warto pamiętać przed włączeniem "Kingsglaive", bo 13% na Rotten Tomatoes to żaden przypadek. Różnica polega jednak na tym, że nowy film nie szarga jeszcze żadnego kanonu. Z tego samego powodu, przez który trudno dzisiaj uczciwie napisać "to prequel "piętnastki"". Final Fantasy XV wciąż nie miało premiery, nadal nie znamy jej scenariusza. "Gwardia" buduje jej fundament, zwiastuje antagonistów, pozwala zerknąć na nowe uniwersum, decyduje o wysokości stawek, a dodatkowo próbuje opowiedzieć własną, teoretycznie autonomiczną historię. Nawet laik wie, że to niemożliwe do wykonania w dwugodzinnym obrazie. Który należy w ogóle obdarzyć własną dynamiką, smacznie jakoś zamknąć. "Ciąg dalszy nastąpi" powinien tutaj przypominać uśmiech Thanosa z pierwszych "Avengersów" - fajnie było, ale kontynuacja przebije sufit.Stąd tytułowy zespół, przedstawiony pokracznie na chwilę po rozgadanym preludium, w którym upchnięto trwającą kilka dekad wojnę pomiędzy królestwami Lucis (nasi) i Nilfheim (nie-nasi). Standardowa grupka o niemożliwych do spamiętania imionach: wieczny optymista, "sprzeciwię się rozkazom, jeśli nie są szlachetne", Nyx (Aaron Paul z "Bojack Horseman" oraz sami-wiecie-czego), jego przyjaciel, "teraz się z tobą pokłócę, żeby później ci pomóc, jak wszystko sobie przemyślę", Libertus, ktoś, kogo śmierć ma ich poróżnić, i kilka drwiących uśmieszków, co z daleka pachną przyszłą zdradą.Kingsglaive to prawdziwe asy w boju, bo jako jedni z nielicznych w całym Lucis korzystają z magii. Magię czerpią z królewskiej rodziny, więc ich bezwzględne posłuszeństwo wobec króla Regisa nie powinno w tym kontekście dziwić. Twarze jednorazowe, stworzone wyłącznie z myślą o filmie, coś na wzór trzech braci z "Advent Children". Czy budziłyby emocje, gdyby nie świadomość ich braku w grze? Wątpliwe.Dzięki nim po prostu mamy możliwość doświadczyć z bliska wydarzenia, jakie rozpędzą fabułę Final Fantasy XV. Trudno mi zdecydować, co jest spoilerem dla oglądających, a co będzie spoilerem dla przyszłych grających. Bo gdy "piętnastka" ruszy, książę Noctis nie będzie jeszcze wiedział o treści "Kingsglaive". W sumie nie podejrzewałem, że film pokaże aż tyle. Intryga rozpoczyna się od propozycji sojuszu, którą wysuwają "nie-nasi" - zakłada wpuszczenie przedstawicieli Nilfheim za magiczne mury (prześlicznego) miasta Insomnia oraz małżeństwo Noctisa z Luną, uwięzioną księżniczką i wyrocznią jednocześnie. W chwili usłyszenia pierwszej wypowiedzi kanclerza Ardyna (uwspółcześniona wersja Kefki nam się szykuje, tylko gorsza) widz zwyczajnie wie, jak dalej to wszystko pójdzie. Pod króla głos podkłada Sean Bean - sami zdecydujcie, co zrobić z tą informacją.